Beznadziejna rola – historia Oli, która utknęła w cudzym scenariuszu

– Ola, ile razy mam powtarzać, żebyś nie zostawiała kubka na stole? – głos Tomka odbił się echem w pustym salonie. Stałam przy oknie, patrząc na szare niebo nad Warszawą. W dłoni ściskałam test ciążowy. Dwie kreski. Dwie kreski, które miały zmienić wszystko, a zamiast tego tylko pogłębiły moją samotność.

Pół roku po ślubie pierwszy raz pomyślałam o rozstaniu. To było wtedy, gdy Tomek wrócił do domu późno w nocy, pachnąc perfumami, których nie znałam. Zapytałam go o to, a on tylko wzruszył ramionami i powiedział: „Nie przesadzaj, Ola. Pracuję”. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to ja jestem przewrażliwiona.

Poznaliśmy się w klubie. Koleżanki z dawnej szkoły baletowej wyciągnęły mnie na miasto – „choć raz się zabawić, Ola, przecież nie możesz całe życie żyć jak zakonnica”. Tomek siedział przy barze, otoczony znajomymi. Miał na sobie drogi zegarek i uśmiech człowieka, który wie, że wszystko mu wolno. Zaczęliśmy rozmawiać o muzyce, potem o podróżach. Był czarujący, pewny siebie. Wydawało mi się, że przy nim mogę być kimkolwiek zechcę.

Szybko się zakochałam. On też wydawał się zaangażowany – kwiaty bez okazji, weekendy za miastem, wspólne plany na przyszłość. Po roku oświadczył mi się w restauracji na Starym Mieście. Mama płakała ze wzruszenia, tata ściskał mu dłoń z dumą. Wszyscy mówili: „Ola, wygrałaś życie”.

A potem przyszła codzienność. Tomek coraz częściej zostawał w pracy po godzinach. Ja rzuciłam balet – „przecież teraz będziesz żoną, może niedługo matką”, mówiła mama. Zamiast tańczyć, gotowałam obiady i czekałam na męża do późna. Czułam się jak aktorka w cudzym przedstawieniu.

Kiedy zobaczyłam te dwie kreski na teście ciążowym, przez chwilę poczułam radość. Może dziecko nas zbliży? Może wszystko się ułoży? Ale Tomek nie podzielał mojego entuzjazmu.

– To chyba nie jest najlepszy moment – powiedział bez emocji.

– Ale przecież… zawsze mówiłeś, że chcesz mieć rodzinę.

– Teraz jest dużo pracy. Nie wiem, czy to dobry pomysł.

Poczułam się tak, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie. Ja z porannymi mdłościami i lękiem o przyszłość, on z telefonem przy uchu i wiecznymi spotkaniami biznesowymi.

Mama dzwoniła codziennie.

– Ola, musisz być silna dla dziecka. Każda rodzina ma kryzysy.

Ale ja czułam się coraz bardziej niewidzialna. Nawet kiedy powiedziałam Tomkowi o pierwszym ruchu dziecka, tylko skinął głową i wrócił do laptopa.

Któregoś wieczoru usłyszałam jego rozmowę przez telefon:

– Nie mogę teraz przyjechać… Tak, wiem… Ola jest w ciąży… Nie wiem, czy to dobry pomysł…

Serce mi zamarło. Czy on mnie zdradza? Czy to ja jestem problemem?

Zaczęłam szukać wsparcia u przyjaciółek. Kasia próbowała mnie pocieszać:

– Może Tomek się boi odpowiedzialności? Faceci czasem tak mają.

Ale ja czułam, że to coś więcej niż strach. To była obojętność.

W domu narastało napięcie. Każda rozmowa kończyła się kłótnią albo milczeniem. Czułam się jak statystka w jego życiu – nieważna, zbędna.

Pewnego dnia wrócił wcześniej niż zwykle. Siedziałam na podłodze w sypialni i płakałam.

– Co się stało? – zapytał chłodno.

– Nie mogę tak żyć… Czuję się sama…

– Przesadzasz – rzucił i wyszedł do kuchni.

Wtedy pierwszy raz pomyślałam poważnie o rozstaniu. Ale zaraz potem poczułam ruch dziecka i ogarnął mnie strach. Jak sobie poradzę sama? Co powiedzą rodzice? Jak wychowam dziecko bez ojca?

Zaczęłam chodzić na terapię. Psycholożka powiedziała mi coś ważnego:

– Ola, nie możesz być szczęśliwa w roli, której nie wybrałaś sama.

Te słowa długo we mnie rezonowały. Próbowałam rozmawiać z Tomkiem jeszcze kilka razy – bez skutku. On żył swoim życiem, ja swoim.

W końcu urodziła się Zosia. Mała była całym moim światem. Ale nawet wtedy Tomek był nieobecny – przyniósł kwiaty do szpitala i szybko wyszedł „bo praca”.

Minęły miesiące. Zosia rosła, a ja coraz bardziej czułam się jak samotna matka z obrączką na palcu. Rodzice mówili: „Dla dziecka warto się poświęcić”. Ale czy naprawdę warto żyć w kłamstwie?

Któregoś dnia spakowałam walizkę i pojechałam z Zosią do mamy na wieś pod Radomiem. Tomek nawet nie próbował mnie zatrzymać.

Siedzę teraz na werandzie i patrzę na bawiącą się córkę. Wciąż boję się przyszłości, ale pierwszy raz od dawna czuję spokój.

Czy można być szczęśliwą samotną matką? Czy lepiej grać beznadziejną rolę w cudzym scenariuszu czy napisać własny? Może czas przestać udawać i zacząć żyć naprawdę?