Zostałem sam z naszym synkiem – historia ojca, który musiał nauczyć się żyć od nowa
– Nie dam już rady, Michał. Przepraszam. – Jej głos był cichy, ale stanowczy. Stała w progu z walizką, a ja trzymałem na rękach naszego synka, który właśnie zasnął po kolejnej nieprzespanej nocy. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, że to nie jest tylko chwilowy kryzys. Że Ewa naprawdę odchodzi.
W głowie miałem mętlik. Próbowałem coś powiedzieć, zatrzymać ją, zapytać „dlaczego?”, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Patrzyłem tylko, jak zamyka za sobą drzwi. Zostałem sam. Ja i nasz synek, Staś. Miał wtedy zaledwie osiem miesięcy.
Pierwsze dni były jak koszmar na jawie. Nie wiedziałem, co robić najpierw: przewinąć go czy nakarmić? Jak ugotować kaszkę, żeby jej nie przypalić? Jak uspokoić płacz, kiedy sam miałem ochotę krzyczeć z bezsilności? Wcześniej to Ewa była tą „ogarniętą”. Ja pracowałem, wracałem późno i byłem przekonany, że robię wszystko dla rodziny. Teraz okazało się, że nie umiem nawet znaleźć czystych śpioszków.
Pamiętam pierwszą noc bez Ewy. Staś płakał przez dwie godziny bez przerwy. Próbowałem wszystkiego: nosiłem go na rękach, śpiewałem kołysanki, nawet włączyłem mu szum suszarki, bo gdzieś przeczytałem, że to pomaga. Nic nie działało. W końcu usiadłem na podłodze w kuchni i płakałem razem z nim. Byłem przekonany, że nie dam rady.
Moja mama przyjechała następnego dnia. – Michałku, musisz się ogarnąć – powiedziała surowo, ale widziałem w jej oczach troskę. Pomogła mi ogarnąć mieszkanie i pokazała kilka trików: jak szybko przewinąć dziecko jedną ręką albo jak zrobić zupkę z tego, co akurat jest w lodówce. Ale wiedziałem, że nie może być ze mną cały czas.
Najgorsze były wieczory. Kiedy Staś zasypiał, siadałem na kanapie i patrzyłem w pusty kąt pokoju. Tam zawsze siedziała Ewa z książką albo laptopem. Zastanawiałem się, co zrobiłem źle. Czy mogłem bardziej się starać? Czy za mało ją wspierałem? W głowie miałem tysiące pytań i żadnej odpowiedzi.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie teściowa. – Michał, Ewa potrzebuje czasu dla siebie – powiedziała chłodno. – Ale Staś powinien mieć kontakt z matką. – Zgodziłem się na spotkanie w parku. Staś uśmiechnął się do Ewy od razu, jakby nic się nie stało. A ja poczułem ukłucie zazdrości i żalu.
– Dlaczego? – zapytałem cicho, kiedy Staś bawił się na kocu.
– Nie umiałam już oddychać w tym domu – odpowiedziała Ewa bez emocji. – Czułam się niewidzialna.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Przecież robiłem wszystko dla nas…
Z czasem nauczyłem się nowych rzeczy: jak prać ubranka w odpowiedniej temperaturze, jak rozpoznawać rodzaje płaczu Stasia i jak wyciągać z siebie resztki siły po nieprzespanej nocy. Zacząłem doceniać małe sukcesy: pierwszy uśmiech rano, kiedy Staś budził się obok mnie; pierwsze „tata”, które usłyszałem pewnego popołudnia podczas zabawy klockami.
Praca stała się wyzwaniem. Szef patrzył na mnie podejrzliwie, kiedy prosiłem o wcześniejsze wyjście albo dzień wolny z powodu choroby dziecka. Koledzy z pracy rzucali żarty o „tacierzyńskim”, ale nikt nie pytał, jak naprawdę się czuję.
Czułem się samotny jak nigdy wcześniej. Znajomi przestali dzwonić – może bali się mojej sytuacji? Może nie wiedzieli, co powiedzieć? Czasem miałem ochotę zadzwonić do Ewy i błagać ją, żeby wróciła. Ale wiedziałem, że to niczego nie zmieni.
Najtrudniejsze były chwile zwątpienia. Kiedy Staś miał gorączkę i nie wiedziałem, czy jechać na SOR czy poczekać do rana. Kiedy patrzyłem na inne rodziny na placu zabaw i czułem ukłucie zazdrości widząc ojców bawiących się ze swoimi dziećmi razem z żonami.
Ale były też momenty nadziei. Kiedy Staś pierwszy raz samodzielnie stanął na nogi i spojrzał na mnie z dumą w oczach. Kiedy nauczyliśmy się razem gotować proste obiady i śmiać się z bałaganu w kuchni. Kiedy wieczorem tulił się do mnie i szeptał „kocham cię, tata”.
Czasem myślę o Ewie. O tym, czy jest szczęśliwa i czy żałuje swojej decyzji. Czy kiedyś wróci? Czy Staś będzie miał kiedyś pełną rodzinę? Ale potem patrzę na mojego synka i wiem jedno: zrobię wszystko, żeby był szczęśliwy.
Nie jestem idealnym ojcem. Popełniam błędy każdego dnia. Ale nauczyłem się kochać bezwarunkowo i walczyć o każdy wspólny dzień.
Czasem zastanawiam się: ile jeszcze wytrzymam? Czy samotny ojciec może być wystarczająco dobry? Może właśnie teraz zaczyna się nasze nowe życie – trudne, ale prawdziwe.