Zgodziłam się, żeby wnuczka zamieszkała u mnie na czas studiów. Teraz czuję się jak intruz we własnym domu…

– Babciu, czy możesz nie wchodzić do mojego pokoju bez pukania? – głos Julki był ostry, zupełnie inny niż ten, który pamiętałam z dzieciństwa. Stałam w progu, trzymając talerz z jej ulubionymi naleśnikami. Przez chwilę miałam ochotę rzucić nim o podłogę, ale tylko skinęłam głową i wycofałam się do kuchni.

Jeszcze kilka miesięcy temu cieszyłam się na myśl, że Julka zamieszka ze mną. Byłam dumna, że dostała się na psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Wnuczka! Moja mała dziewczynka, która kiedyś przynosiła mi bukiety pokrzyw i mówiła: „Babciu, one też są ładne”.

Teraz Julka była dorosła. Miała swoje życie, swoje sprawy i swoje tajemnice. Zamykała się w pokoju, rozmawiała godzinami przez telefon z koleżankami, śmiała się do ekranu laptopa. Ja siedziałam w kuchni i słuchałam ciszy, która bolała bardziej niż jakikolwiek hałas.

– Babciu, nie musisz na mnie czekać z obiadem – powiedziała pewnego wieczoru, kiedy wróciła późno z uczelni. – Zjem coś na mieście albo sama sobie zrobię.

Poczułam ukłucie w sercu. Przez całe życie gotowałam dla rodziny. Dla dzieci, potem dla wnuków. Teraz miałam gotować tylko dla siebie? Co to za sens?

Zaczęły się drobne nieporozumienia. Julka zostawiała brudne kubki w salonie, rozrzucała ubrania po łazience. Gdy zwróciłam jej uwagę, przewracała oczami.

– Babciu, to nie hotel! – rzuciła kiedyś z irytacją.

– Wiem, ale to mój dom – odpowiedziałam cicho.

Nie usłyszała albo nie chciała usłyszeć.

Pewnego dnia przyszła do niej koleżanka – Magda. Siedziały w jej pokoju do późna, śmiały się i słuchały muzyki. O północy poszłam zapukać.

– Dziewczyny, już późno…

– Babciu! – Julka wyskoczyła do przedpokoju. – Przecież jesteśmy dorosłe! Nie musisz nas pilnować jak dzieci!

Zamknęłam drzwi i poczułam łzy pod powiekami. Przypomniało mi się, jak kiedyś to ja tuliłam ją do snu i śpiewałam kołysanki.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie córka, Ania.

– Mamo, jak tam z Julią? – zapytała z troską.

– Dobrze… – skłamałam. – Tylko… czuję się trochę niepotrzebna.

– Mamo, ona musi się przyzwyczaić do nowego życia. Daj jej czas.

Ale ile tego czasu potrzeba? Czy ja mam czekać aż całkiem przestanę być częścią jej świata?

Zaczęłam unikać własnego salonu. Siedziałam w kuchni, czytałam stare książki albo patrzyłam przez okno na szare podwórko. Czasem wychodziłam na spacer tylko po to, żeby nie słyszeć śmiechu Julki i jej znajomych.

Któregoś wieczoru usłyszałam rozmowę przez drzwi:

– Twoja babcia jest spoko, ale trochę… staroświecka.

– Wiem… Ale co mam zrobić? To jej mieszkanie.

Zabolało mnie to bardziej niż chciałabym przyznać. Czy naprawdę byłam tylko przeszkodą?

W końcu zebrałam się na odwagę i zaprosiłam Julię na rozmowę przy herbacie.

– Julko… – zaczęłam niepewnie. – Wiem, że masz swoje życie i swoje sprawy. Ale ja też tu mieszkam. Chciałabym… żebyśmy jakoś się dogadały.

Julka spojrzała na mnie zaskoczona. Przez chwilę milczała.

– Babciu… przepraszam. Nie chciałam cię zranić. Po prostu… wszystko jest nowe i trudne. Chcę być samodzielna, ale czasem nie wiem jak.

Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Ulgę, bo wreszcie powiedziałyśmy sobie prawdę. Smutek, bo wiedziałam, że już nigdy nie będzie tak jak dawniej.

Od tamtej pory próbujemy się dogadywać. Ustaliłyśmy zasady: ona sprząta po sobie, ja nie wchodzę bez pukania. Czasem gotujemy razem obiad albo oglądamy film. Ale wiem, że to już inny etap naszego życia.

Często zastanawiam się: czy można być szczęśliwym, kiedy własny dom przestaje być azylem? Czy to ja powinnam się zmienić… czy świat wokół mnie zmienił się za bardzo?

Czy ktoś z was też czuje się czasem obcy we własnym domu?