Zazdrość na weselu siostry: Moja walka z ojczymem i własnymi uczuciami
– Nie przesadzaj, Marto, przecież to jej wielki dzień – powiedział ojczym, nawet nie patrząc mi w oczy. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni kieliszek szampana, który już dawno stracił bąbelki. W salonie rozbrzmiewał śmiech mojej młodszej siostry, Pauliny, otoczonej rodziną i przyjaciółmi. To był jej wieczór panieński, a ja czułam się jak statystka na własnym podwórku.
Od dziecka mówiłam do niego „tato”. Mama nigdy nie wyjaśniała mi szczegółów, a ja nie zadawałam pytań. Dopiero gdy miałam dziewięć lat, podsłuchałam rozmowę babci z mamą. „Dziecko nie musi wiedzieć, że to nie jej ojciec” – powiedziała babcia. Tamtego dnia świat się zachwiał, ale nie przestałam go kochać. W końcu to on nauczył mnie jeździć na rowerze, to on tulił mnie po koszmarach i zabierał na lody po szkole.
Ale potem pojawiła się Paulina. Była córką jego i mojej mamy. Młodsza o cztery lata, zawsze w centrum uwagi. Z czasem zaczęłam zauważać różnice: dla niej zawsze miał czas, dla mnie – coraz mniej. „Nie przeszkadzaj teraz, Marta, muszę pomóc Paulinie z zadaniem”, „Paulina jest jeszcze mała, musisz być wyrozumiała”. Próbowałam być tą wyrozumiałą starszą siostrą, ale w środku narastał we mnie żal.
W dniu wesela Pauliny wszystko pękło. Ojczym biegał wokół niej jak nakręcony – poprawiał welon, sprawdzał, czy wszystko jest gotowe, tulił ją i szeptał jej coś do ucha. Ja stałam z boku, pomagając mamie kroić ciasto i rozstawiać talerze. Nikt nie zapytał mnie o zdanie przy wyborze menu czy dekoracji. Nawet nie poproszono mnie o świadkowanie – tę rolę dostała przyjaciółka Pauliny z liceum.
Wieczorem, gdy goście już się rozchodzili, zebrałam się na odwagę i podeszłam do ojczyma. – Tato… – zaczęłam niepewnie. Spojrzał na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.
– Co się stało?
– Czy ja… czy ja też jestem dla ciebie ważna?
Przez chwilę milczał. – Oczywiście, że jesteś ważna. Ale dzisiaj to dzień Pauliny. Nie rób sceny.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Odeszłam bez słowa. W łazience usiadłam na zamkniętej klapie sedesu i pozwoliłam sobie na płacz. W głowie dudniły mi słowa: „Nie rób sceny”. Czy naprawdę byłam tylko dodatkiem do tej rodziny?
Następnego dnia mama próbowała ze mną rozmawiać.
– Martuś, wiem, że ci ciężko…
– Nie rozumiesz! – przerwałam jej ostro. – Od zawsze czułam się gorsza! On nigdy nie traktował mnie jak Pauliny!
Mama westchnęła ciężko.
– On cię kocha na swój sposób…
– Ale nie tak samo! – krzyknęłam i wybiegłam z domu.
W parku długo chodziłam bez celu. Próbowałam sobie przypomnieć chwile, kiedy czułam się naprawdę kochana przez ojczyma. Były takie momenty – wspólne wyjazdy nad morze, wieczory z planszówkami… Ale potem zawsze pojawiała się Paulina i wszystko się zmieniało.
Przez kolejne tygodnie unikałam domu. Wynajęłam pokój u koleżanki z pracy. Mama dzwoniła codziennie, Paulina pisała wiadomości: „Czemu nie chcesz ze mną rozmawiać?”, „Tęsknię za tobą”. Ale ja nie potrafiłam odpowiedzieć.
Pewnego wieczoru Paulina przyszła do mnie osobiście.
– Marta… co się z tobą dzieje? Przecież zawsze byłyśmy blisko.
– Ty nic nie rozumiesz – odpowiedziałam chłodno.
– Może spróbuj mi wytłumaczyć?
Zacisnęłam pięści.
– Zawsze byłaś jego oczkiem w głowie! Ja byłam tylko… dodatkiem! Nawet na twoim weselu czułam się jak powietrze!
Paulina spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
– Myślisz, że mi było łatwo? Zawsze czułam presję, żeby być idealną córką dla taty… Bałam się go zawieść. Ale ty byłaś moją starszą siostrą – zawsze cię podziwiałam.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Po raz pierwszy zobaczyłam jej perspektywę.
Kilka dni później zadzwonił ojczym.
– Marta… możemy porozmawiać?
Zgodziłam się spotkać w kawiarni niedaleko mojego nowego mieszkania.
– Wiem, że cię zraniłem – zaczął cicho. – Może nie jestem dobrym ojcem… Ale próbowałem jak umiałem.
– Dlaczego zawsze ona była ważniejsza?
Westchnął ciężko.
– Bałem się… Bałem się przekroczyć granicę. Nie chciałem cię zranić ani udawać kogoś, kim nie jestem. Ale chyba przez to właśnie cię skrzywdziłem najbardziej.
Patrzyliśmy na siebie długo w milczeniu.
– Chciałbym to naprawić – powiedział w końcu.
Nie odpowiedziałam od razu. Wiedziałam, że to nie będzie łatwe.
Dziś mieszkam sama i powoli odbudowuję relacje z rodziną. Z Pauliną spotykamy się na kawie raz w tygodniu; z ojczymem rozmawiamy częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Nadal boli mnie wspomnienie tamtego wesela i poczucie odrzucenia, ale uczę się wybaczać – jemu i sobie.
Czy można naprawdę pogodzić się z tym, że nigdy nie będzie się tą „prawdziwą” córką? Czy da się przestać porównywać i zaakceptować własne miejsce w rodzinie? Czasem myślę: ile jeszcze takich historii kryje się za zamkniętymi drzwiami polskich domów?