Zawsze byłam tylko „ciocią” z mieszkania. Gdy rodzina pokazała swoją prawdziwą twarz, musiałam wybrać: godność czy samotność?
– Ciociu, przecież i tak nie masz nikogo, po co ci taki duży pokój? – głos Julki odbił się echem w moim małym salonie. Stała w progu z rękami skrzyżowanymi na piersi, a jej matka – moja młodsza siostra Anka – patrzyła gdzieś w bok, udając, że podziwia moje storczyki.
W tej chwili poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez całe życie byłam tą „ciocią”, która zawsze miała czas, zawsze miała herbatę i ciasto, zawsze miała otwarte drzwi. Kiedy Anka rozwiodła się z Markiem i została sama z Julką, to ja pomagałam im finansowo i emocjonalnie. Nigdy nie żałowałam ani grosza, ani minuty. Ale teraz…
– Julka, to jest mój dom – powiedziałam cicho, próbując ukryć drżenie w głosie. – Tu mieszkam od trzydziestu lat.
Julka przewróciła oczami. Miała dopiero dwadzieścia dwa lata, ale już potrafiła być bezwzględna. – Ale przecież sama mówiłaś, że nie chcesz być ciężarem dla nikogo. A ja z mamą mogłybyśmy tu mieszkać, a ty… no nie wiem… może do jakiegoś spokojnego miejsca dla starszych osób? Tam miałabyś opiekę.
Zamarłam. Czy naprawdę właśnie to usłyszałam? Czy moja własna siostrzenica sugeruje mi dom starców?
Anka w końcu się odezwała: – Ela, Julka ma rację. Ty jesteś sama… A my mamy tyle problemów. Wiesz, jak ciężko jest wynająć coś w Warszawie. Ty masz tu wszystko…
Poczułam łzy pod powiekami. Przez chwilę miałam ochotę po prostu się zgodzić – jak zawsze. Ale coś we mnie pękło.
– To nie jest sprawiedliwe – powiedziałam stanowczo. – Pomagałam wam całe życie. To jest mój dom. Nie oddam go.
Julka prychnęła i wyszła trzaskając drzwiami. Anka została jeszcze chwilę, patrząc na mnie z wyrzutem.
– Myślałam, że jesteśmy rodziną – rzuciła cicho i wyszła za córką.
Usiadłam na kanapie i przez długi czas nie mogłam się ruszyć. W głowie dudniły mi ich słowa. Przypomniały mi się wszystkie święta, kiedy gotowałam dla nich barszcz i pierogi, wszystkie wieczory spędzone na rozmowach przez telefon, kiedy Anka płakała po rozstaniu z Markiem. Przypomniały mi się urodziny Julki – jej pierwsze kroki, pierwsze świadectwo z paskiem…
A teraz byłam tylko przeszkodą na drodze do mieszkania.
Przez kolejne dni nie odbierałam telefonów. Sąsiadka pani Basia przyniosła mi rosół i próbowała mnie pocieszyć:
– Eluś, nie przejmuj się. Rodzina czasem potrafi być najgorsza. Ale ty musisz myśleć o sobie.
Łatwo powiedzieć. Ja nigdy nie umiałam myśleć o sobie.
Po tygodniu Anka przyszła sama. Usiadła naprzeciwko mnie i długo milczała.
– Ela… Przepraszam za Julkę. Ona jest młoda, nie rozumie… Ale my naprawdę mamy ciężko.
– Wiem – odpowiedziałam cicho. – Ale ja też mam prawo do swojego życia.
Anka spojrzała na mnie z żalem.
– Ty zawsze byłaś taka dobra…
– I właśnie dlatego wszyscy myślą, że mogą mnie wykorzystywać – przerwałam jej ostrożnie.
Zapanowała cisza. W końcu Anka wstała.
– Dobrze… Rozumiem. Ale wiedz, że bardzo nas zawiodłaś.
Kiedy wyszła, poczułam się jeszcze gorzej niż wcześniej. Przez kolejne dni nie spałam po nocach. Zastanawiałam się: czy naprawdę jestem taka zła? Czy powinnam była oddać im mieszkanie?
W pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka z biura, Kasia, zauważyła moje rozbicie:
– Ela, co się dzieje? Wyglądasz jak cień samej siebie.
Opowiedziałam jej wszystko przy kawie w kuchni biurowej.
– Słuchaj – powiedziała Kasia stanowczo – to jest twoje życie i twoje mieszkanie. Masz prawo postawić granice. Rodzina to nie powód do poświęcania siebie do końca.
Te słowa dźwięczały mi w głowie przez cały dzień.
Wieczorem zadzwonił telefon. Julka.
– Ciociu… Przepraszam za tamto. Byłam okropna. Po prostu… boję się o mamę i o siebie. Ale nie powinnam była tak mówić.
Poczułam ulgę i smutek jednocześnie.
– Rozumiem cię, Julka. Ale musisz zrozumieć mnie: ja też mam swoje granice.
Rozmowa była trudna, ale szczera. Po niej długo płakałam – ze wzruszenia i żalu za tym wszystkim, co straciłyśmy przez kilka słów wypowiedzianych w gniewie.
Minęły miesiące. Nasze relacje z Anką i Julką już nigdy nie były takie same jak dawniej. Spotykamy się rzadziej, rozmowy są bardziej powierzchowne. Czasem czuję pustkę w sercu – tęsknię za dawną bliskością, ale wiem też, że musiałam zadbać o siebie.
Często siedzę wieczorami przy oknie i zastanawiam się: czy można być dobrym człowiekiem i jednocześnie stawiać granice? Czy rodzina powinna mieć prawo decydować o naszym życiu tylko dlatego, że jest rodziną?
A może czasem trzeba wybrać siebie – nawet jeśli oznacza to samotność?