Wyrzucona z własnego domu przez męża – rok później przejęłam jego firmę. Moja walka o syna, godność i nowe życie
— Wyjdź. Nie chcę cię tu więcej widzieć — głos Piotra był zimny jak lód, a jego oczy nie zdradzały żadnych emocji. Stałam w korytarzu naszego domu w Piasecznie, trzymając za rękę ośmioletniego Szymka. W tle słyszałam cichy śmiech Magdy, tej, dla której Piotr postanowił zniszczyć naszą rodzinę.
— Piotr, proszę cię… To jest też mój dom. Nasz dom! — łzy cisnęły mi się do oczu, ale nie chciałam płakać przy Szymku. Musiałam być silna.
— Twój dom? — prychnął. — Wszystko jest na mnie. Ty nie masz tu nic do gadania. Zresztą… już dawno powinnaś się domyślić, że to koniec.
Szymek ścisnął moją dłoń mocniej. — Mamo, pójdziemy do babci? — zapytał cicho.
Nie miałam wyboru. Spakowałam kilka rzeczy do starej walizki, zabrałam Szymka i wyszliśmy. Za nami zamknęły się drzwi, które przez tyle lat były symbolem bezpieczeństwa i miłości. Teraz stały się granicą między dawnym życiem a przepaścią, w którą właśnie spadłam.
Pierwsze tygodnie były koszmarem. Mama przyjęła nas z otwartymi ramionami, ale jej dwupokojowe mieszkanie na Ursynowie było ciasne i pełne wspomnień z mojego dzieciństwa. Szymek płakał nocami, tęsknił za tatą i swoim pokojem. Ja nie spałam wcale – myślałam tylko o tym, jak przeżyć kolejny dzień.
Piotr przestał płacić alimenty już po pierwszym miesiącu. Wysłał mi SMS-a: „Nie licz na mnie. Sama sobie radź.” Zostałam bez środków do życia. Pracowałam wcześniej w jego firmie transportowej jako księgowa, ale po rozstaniu wyrzucił mnie bez słowa wyjaśnienia.
Pamiętam rozmowę z mamą przy kuchennym stole:
— Aniu, musisz coś zrobić. Nie możesz pozwolić, żeby on tak cię traktował.
— Ale co mam zrobić? On ma wszystko: dom, firmę, pieniądze… Ja mam tylko Szymka.
— I to jest najważniejsze — powiedziała stanowczo mama. — Ale musisz walczyć o swoje. O waszą przyszłość.
Zaczęłam szukać pracy. Wysyłałam CV wszędzie, gdzie tylko mogłam – do biur rachunkowych, sklepów, nawet do kawiarni. Nikt nie chciał zatrudnić samotnej matki z dzieckiem na głowie i przerwą w CV.
W końcu znalazłam ogłoszenie o pracy w małej firmie transportowej na Pradze. Zgłosiłam się na rozmowę kwalifikacyjną i dostałam posadę księgowej za najniższą krajową. To nie było dużo, ale pozwoliło nam przetrwać.
Każdego dnia wracałam zmęczona do domu mamy, ale wiedziałam, że muszę być silna dla Szymka. On też zaczął się powoli uśmiechać – zaprzyjaźnił się z sąsiadem z bloku i chodził z nim na boisko.
Tymczasem Piotr coraz bardziej pogrążał się w swoim nowym życiu z Magdą. Słyszałam od znajomych, że firma zaczyna mieć problemy finansowe – Piotr nie miał pojęcia o prowadzeniu biznesu, wszystko zawsze robiłam ja.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie pani Ewa, dawna klientka firmy:
— Aniu, czy ty jeszcze pracujesz u Piotra? Bo od tygodnia nie mogę się doprosić faktury…
— Nie, już tam nie pracuję — odpowiedziałam smutno.
— Szkoda… Bo odkąd cię nie ma, wszystko się sypie.
Te słowa dały mi do myślenia. Może to ja byłam sercem tej firmy? Może jeszcze nie wszystko stracone?
Zaczęłam zbierać dokumenty – umowy, faktury, stare maile. Skonsultowałam się z prawnikiem i dowiedziałam się, że mam prawo domagać się podziału majątku oraz alimentów na Szymka. Złożyłam pozew rozwodowy i zaczęła się prawdziwa wojna.
Piotr był wściekły:
— Chcesz mnie puścić z torbami?! — krzyczał przez telefon.
— Chcę tylko sprawiedliwości dla siebie i naszego syna — odpowiedziałam spokojnie.
Rozprawy ciągnęły się miesiącami. Piotr próbował wszystkiego – oczerniał mnie przed sądem, twierdził, że jestem złą matką, że nie radzę sobie finansowo. Ale miałam dowody: przelewy na firmowe konto, faktury podpisane moim nazwiskiem, świadków wśród dawnych pracowników.
W końcu sąd przyznał mi połowę majątku oraz prawo do alimentów na Szymka. Ale to nie był koniec mojej walki.
Firma Piotra była na skraju bankructwa. Magda uciekła do innego faceta, zostawiając go z długami i pustym domem. Piotr zadzwonił do mnie pewnego wieczoru:
— Aniu… Pomóż mi. Firma pada, a ja nie wiem co robić.
Przez chwilę milczałam. Przypomniałam sobie tamten dzień sprzed roku – jego zimny głos i drzwi zamykające się za mną i Szymkiem.
— Pomogę ci — powiedziałam w końcu — ale pod jednym warunkiem: oddasz mi firmę.
Piotr zgodził się bez wahania. Nie miał wyjścia.
Przejęłam firmę i zaczęłam ją odbudowywać od podstaw. Pracowałam dniami i nocami – podpisywałam nowe kontrakty, rozmawiałam z klientami, zatrudniłam kilku dawnych pracowników. Po pół roku firma zaczęła przynosić zyski.
Dziś jestem właścicielką dobrze prosperującej firmy transportowej. Wynajęłam mieszkanie dla siebie i Szymka – mamy własny kąt, własne życie. Piotr widuje syna raz na dwa tygodnie; jest cieniem człowieka, którym był kiedyś.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy naprawdę musiałam przejść przez piekło zdrady i upokorzenia, żeby odnaleźć własną siłę? Czy każda kobieta musi spaść na samo dno, by nauczyć się walczyć o siebie?
A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy wybaczylibyście komuś taką zdradę?