Wigilia, której nie zapomnę: kiedy rodzina mnie wyrzuciła, kupiłam własną górę w Beskidach
— Nie chcę cię tu widzieć, Anka. Nie dzisiaj. — Głos mamy był zimny jak lód, a jej spojrzenie nie pozostawiało złudzeń. Stałam w progu rodzinnego domu w Bielsku-Białej, z prezentami w rękach, a serce waliło mi jak oszalałe. Za mną śnieg skrzypiał pod butami, a z kuchni dobiegał zapach barszczu i smażonego karpia. W środku śmiali się moi bracia, tata rozlewał kompot z suszu. Ale dla mnie nie było miejsca przy tym stole.
— Mamo, proszę… To przecież Wigilia. — Głos mi się łamał, ale nie zamierzałam się poddać. — Przepraszam za wszystko, ale… jestem twoją córką.
— Po tym, co zrobiłaś? — syknęła mama. — Nie masz prawa tu być. Idź do swojego nowego życia, skoro tak bardzo ci na nim zależy.
Zamknęli mi drzwi przed nosem. Stałam na mrozie, łzy zamarzały mi na policzkach. Przez chwilę miałam ochotę rzucić wszystko na śnieg i po prostu odejść, zniknąć. Ale coś we mnie pękło. To nie była już tylko złość czy żal — to była decyzja. Jeśli nie chcą mnie w swoim świecie, stworzę własny.
Wróciłam do wynajmowanego mieszkania na osiedlu Złote Łany. Całą noc nie spałam, przewracając się z boku na bok. W głowie huczały mi słowa mamy i obrazy z dzieciństwa: wspólne wyjazdy w góry, ogniska nad Sołą, śmiech przy stole. I nagle poczułam, że muszę zrobić coś szalonego. Coś tylko dla siebie.
Następnego dnia rano weszłam na portal z ogłoszeniami nieruchomości. Przewijałam oferty działek, aż natrafiłam na coś niezwykłego: „Sprzedam 2 hektary lasu i łąki na zboczu góry w Beskidzie Małym. Widok na dolinę Soły, dojazd drogą leśną.” Cena była wysoka jak na moje możliwości, ale miałam trochę oszczędności po sprzedaży samochodu i kilku latach pracy w korporacji.
Zadzwoniłam do właściciela. — Dzień dobry, tu Anna Nowak. Chciałabym obejrzeć tę działkę w Porąbce.
— Zapraszam jutro o dziesiątej — odpowiedział starszy mężczyzna.
Następnego dnia stałam już na zboczu góry, śnieg skrzypiał pod nogami, a powietrze było czyste i ostre. Patrzyłam na rozległą panoramę Beskidów i czułam, jak serce powoli wraca mi do życia. — To jest moje miejsce — wyszeptałam sama do siebie.
Podpisałam umowę jeszcze tego samego tygodnia. W pracy wszyscy stukali się w czoło: „Anka, po co ci kawałek lasu? Chcesz zostać pustelniczką?” Ale ja wiedziałam swoje. Zaczęłam jeździć tam w każdy weekend — najpierw tylko spacerować, potem sprzątać śmieci po turystach, aż w końcu postawiłam mały drewniany domek.
Rodzina przez kilka miesięcy milczała. Dopiero latem odezwała się siostra:
— Słyszałam, że kupiłaś górę? — zapytała z przekąsem przez telefon.
— Tak. I jestem z tego dumna.
— Mama mówi, że to głupota. Że pewnie zaraz ci to zabiorą albo oszukają cię na papierach.
— Nie dam się oszukać — odpowiedziałam twardo.
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, jak bardzo się myliłam.
Jesienią dostałam list polecony od prawnika reprezentującego… moją własną rodzinę. Okazało się, że mój ojciec twierdził, iż część działki należy się jemu jako spadek po dziadku, który kiedyś miał tam pole orne. Sprawa była zagmatwana: stare mapy, niejasne granice, jakieś zapomniane umowy sprzed lat 80-tych.
Poczułam się zdradzona po raz drugi. Najpierw wyrzucili mnie z domu, a teraz chcieli odebrać jedyną rzecz, która dawała mi poczucie bezpieczeństwa i wolności.
Nie zamierzałam się poddać. Wynajęłam prawnika — panią mecenas Kowalską z Bielska-Białej. Razem przejrzeliśmy wszystkie dokumenty, jeździliśmy do urzędu gminy i archiwum powiatowego. Zainstalowałam kamery na działce i poprosiłam sąsiada leśniczego o pomoc w pilnowaniu terenu.
W dniu rozprawy sądowej ojciec nawet na mnie nie spojrzał. Mama siedziała obok niego ze spuszczoną głową. Ja stałam po drugiej stronie sali z panią mecenas i czułam się jak bohaterka kiepskiego serialu.
Sędzia długo analizował dokumenty. W końcu orzekł: „Działka należy do pani Anny Nowak. Roszczenia spadkowe są bezzasadne.” Poczułam ulgę tak wielką, że nogi się pode mną ugięły.
Po wszystkim wróciłam na swoją górę i usiadłam na pniu starej sosny. Przez chwilę płakałam — ze szczęścia i żalu jednocześnie. Straciłam rodzinę, ale odzyskałam siebie.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba stracić wszystko, żeby odnaleźć własną siłę. Może kiedyś wybaczę mamie i ojcu. Może oni wybaczą mnie. Ale teraz mam swoją górę i swoje życie.
Czy naprawdę trzeba przejść przez piekło samotności i zdrady, żeby nauczyć się walczyć o siebie? Ile jeszcze razy będziemy pozwalać innym decydować o naszym szczęściu?