Wigilia, która zmieniła wszystko: Jak powiedziałam „nie” mojej teściowej
— Nie, Grażyno. W tym roku nie będę gotować Wigilii. — Moje słowa zawisły w powietrzu jak grzmot przed burzą. Teściowa spojrzała na mnie z takim niedowierzaniem, jakbym właśnie ogłosiła koniec świata. W kuchni pachniało piernikiem, ale atmosfera była lodowata.
— Jak to nie będziesz? — Grażyna uniosła brwi tak wysoko, że aż się zdziwiłam, że nie dotknęły sufitu. — Kto niby ma to wszystko zrobić? Twój mąż? On nawet herbaty nie umie zaparzyć! — spojrzała na mojego męża, Pawła, który w tym momencie wolałby chyba zniknąć pod stołem.
Czułam, jak serce mi wali, a dłonie drżą. Ale nie mogłam już dłużej milczeć. Rok temu zgodziłam się na wszystko: gotowałam przez dwa dni, piekłam sernik, lepiłam pierogi, sprzątałam cały dom Grażyny, bo „przecież u nas Wigilia jest święta”. Kiedy w końcu usiadłam do stołu, usłyszałam tylko: — Barszcz trochę za słony, ale trudno, pierwszy raz zawsze najgorzej.
Tamtego wieczoru płakałam pod prysznicem. Paweł próbował mnie pocieszać: — Wiesz, jaka jest mama. Ona nie chciała cię urazić. — Ale ja miałam dość. Dość bycia niewidzialną pomocą domową, dość spełniania cudzych oczekiwań.
W tym roku postanowiłam inaczej. Kiedy Grażyna zadzwoniła na początku grudnia i zapytała: — No to co robimy na Wigilię? — zebrałam całą odwagę i odpowiedziałam: — Nie będę gotować sama. Albo robimy wszystko razem, albo każdy przynosi coś swojego.
Zapadła cisza. — Kinga, u nas tak się nie robi! U nas gospodyni gotuje! Tak było u mojej mamy i u mnie!
— Wiem, Grażyno. Ale ja nie jestem twoją mamą. I nie chcę już być jedyną osobą, która się stara, podczas gdy reszta siedzi i rozmawia o polityce.
Paweł długo milczał po tej rozmowie. — Wiesz, że mama będzie miała pretensje… — powiedział w końcu.
— A co z moimi pretensjami? Co z moim świętem? Czy ja nie zasługuję na to, żeby usiąść z wami przy stole i cieszyć się chwilą?
Nie spałam kilka nocy. Myślałam o wszystkich kobietach w mojej rodzinie — o mamie, cioci Basi, sąsiadce pani Zofii — każda z nich przez lata dźwigała na sobie ciężar świąt. Nikt im nie dziękował. Mama powtarzała: — Dobra żona to taka, która potrafi zadbać o rodzinę męża. Ale ja już nie chciałam być dobrą żoną według cudzych zasad.
Dzień przed Wigilią Grażyna zadzwoniła jeszcze raz:
— Kinga, naprawdę nie zmienisz zdania?
— Naprawdę nie. Mogę przynieść sałatkę albo upiec makowiec, ale nie będę gotować wszystkiego sama.
Paweł chodził po domu jak struty. — Będzie afera… Mama powie wszystkim, że rozbijasz rodzinne tradycje.
— Niech mówi. Może ktoś w końcu zauważy, że to nie jest normalne.
W Wigilię przyszliśmy do Grażyny punktualnie o siedemnastej. W kuchni panowała cisza jak makiem zasiał. Teściowa siedziała przy stole z założonymi rękami i patrzyła w okno.
— No i doczekaliśmy się… Wigilia bez kolacji! — rzuciła teatralnie.
Mój szwagier Michał zaśmiał się: — To może zamówimy sushi?
Wszyscy wybuchli śmiechem oprócz Grażyny. Teść Andrzej wzruszył ramionami: — A może to i lepiej? Ile można jeść karpia co roku?
W końcu wszyscy razem zaczęliśmy przygotowywać prostą kolację: pieczone ziemniaki, śledzie w oleju i sałatkę jarzynową. Dzieci pomagały nakrywać stół, Paweł pierwszy raz w życiu obierał ziemniaki.
Grażyna przez cały wieczór była cicha. Ale kiedy zmywałyśmy razem naczynia, powiedziała cicho:
— Może masz rację… Może my kobiety za długo milczałyśmy.
Poczułam ulgę jakiej dawno nie znałam.
W drodze powrotnej Paweł objął mnie ramieniem:
— Wiesz… Jestem z ciebie dumny. Może naprawdę coś zmieniłaś w naszej rodzinie.
Czasem zastanawiam się: ile z nas jeszcze milczy ze strachu przed opinią innych? Ile z nas godzi się na cudze oczekiwania tylko dlatego, że „tak trzeba”? Może czasem warto powiedzieć: dość.