W jesieni życia przyszła do nas Zosia. Ale nie wszyscy chcieli ją przyjąć…

– Mamo, żartujesz sobie, prawda? – głos Pawła, mojego starszego syna, rozbrzmiał w kuchni jak uderzenie dzwonu. Stał oparty o blat, z kubkiem kawy w ręku, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

– Nie żartuję, Pawełku – odpowiedziałam cicho, ściskając dłonie na brzuchu, który ledwo zaczął się zaokrąglać. – Jestem w ciąży.

Cisza, która zapadła po tych słowach, była ciężka jak ołów. Mój mąż, Andrzej, siedział przy stole i nerwowo obracał obrączkę na palcu. Młodszy syn, Michał, spuścił wzrok na podłogę. Wszyscy troje wyglądali, jakby właśnie usłyszeli najgorszą wiadomość w życiu.

A ja? Ja czułam się jak dziecko, które zrobiło coś złego i czeka na karę.

Nie planowaliśmy tego dziecka. Po czterdziestce pogodziłam się z myślą, że już nigdy nie będę mamą niemowlęcia. Paweł miał 25 lat i właśnie się zaręczył z Kasią. Michał studiował w Warszawie i rzadko bywał w domu. Nasze życie powoli wracało do spokojnego rytmu – aż do tego dnia, gdy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym.

Pierwsza reakcja Andrzeja była… mieszana. Pamiętam jego słowa: „Może to znak? Może jeszcze raz spróbujemy być rodzicami?” Ale potem przyszły wątpliwości: czy damy radę finansowo? Czy zdrowie pozwoli? Czy nie będziemy pośmiewiskiem sąsiadów?

Najgorsze jednak przyszło ze strony rodziny. Moja mama, która zawsze była dla mnie wsparciem, tym razem powiedziała tylko: „W tym wieku? To nieodpowiedzialne.” Teściowa nie odezwała się do mnie przez dwa tygodnie.

Ale najbardziej bolała mnie reakcja Pawła. Zawsze byliśmy blisko. To on przychodził do mnie z problemami sercowymi, to ja trzymałam go za rękę przy pierwszym złamanym sercu. Teraz patrzył na mnie jak na obcą osobę.

– Mamo, co ludzie powiedzą? Przecież to wstyd! – wykrzyczał pewnego wieczoru.

– Wstyd? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Wstydzić się trzeba złych uczynków, nie nowego życia!

Ale Paweł nie chciał słuchać. Wyprowadził się do Kasi i przez kilka miesięcy praktycznie się nie odzywał.

Ciąża nie była łatwa. Czułam się zmęczona, bolały mnie plecy, a każdy dzień przynosił nowe obawy. Lekarze ostrzegali przed komplikacjami. Andrzej starał się być wsparciem, ale widziałam w jego oczach strach.

Najgorsze były jednak plotki. W małym miasteczku nic się nie ukryje. Sąsiadka zza płotu mówiła głośno przez okno: „Widzisz? Stara a głupia!” W sklepie spożywczym czułam na sobie spojrzenia i słyszałam szepty.

Mimo wszystko czekałam na Zosię z nadzieją. Każde jej kopnięcie było dla mnie cudem.

Poród był trudny i długi. Kiedy położna położyła mi Zosię na piersi, poczułam łzy szczęścia i ulgi. Była maleńka, różowa i tak bardzo moja.

Andrzej płakał razem ze mną.

Ale życie po porodzie nie było bajką. Zosia często płakała w nocy, a ja byłam wykończona. Andrzej wrócił do pracy i coraz częściej zostawałam sama z dzieckiem.

Pewnego dnia Paweł przyszedł do domu. Stał w progu z bukietem kwiatów i patrzył na mnie niepewnie.

– Mogę ją zobaczyć? – zapytał cicho.

Podałam mu Zosię na ręce. Patrzył na nią długo, a potem spojrzał na mnie ze łzami w oczach.

– Przepraszam, mamo – wyszeptał. – Bałem się… że już nie będziesz dla mnie taka sama.

Przytuliłam go mocno.

Ale nie wszyscy potrafili zaakceptować Zosię. Moja mama odwiedziła nas tylko raz i patrzyła na wnuczkę z dystansem.

– Nie wiem, czy będziesz miała siłę ją wychować – powiedziała chłodno.

Zabolało mnie to bardziej niż wszystkie plotki razem wzięte.

Czas mijał powoli. Zosia rosła zdrowo, a ja uczyłam się być mamą na nowo – z siwymi włosami i zmarszczkami wokół oczu. Każdy jej uśmiech był dla mnie nagrodą za bezsenne noce i łzy samotności.

Z czasem sąsiedzi przestali szeptać za moimi plecami. Nawet teściowa zaczęła przychodzić z domowym rosołem i pytać o zdrowie małej.

Ale relacje z moją mamą pozostały chłodne. Czułam żal i tęsknotę za dawną bliskością.

Pewnego wieczoru siedziałam przy łóżeczku Zosi i patrzyłam na jej spokojną twarz.

– Czy zrobiłam dobrze? – zapytałam siebie szeptem. – Czy miłość do dziecka może być winą?

Czasem myślę: ile odwagi potrzeba, by być szczęśliwym wbrew światu? Czy Wy też baliście się kiedyś własnego szczęścia?