Telefon, który zmienił wszystko: Historia matki, dwóch córek i wyborów, które ranią na zawsze
Późnym wieczorem zadzwonił telefon. Dźwięk przeszył ciszę naszego mieszkania jak nóż. Spojrzałam na wyświetlacz – „Zosia”. Moja starsza córka. Przez chwilę wahałam się, czy odebrać. Ostatnie nasze rozmowy kończyły się kłótnią, a serce miałam już dość ran. Ale odebrałam.
– Mamo… – jej głos był roztrzęsiony, niemal obcy. – Mamo, Tomek mnie wyrzucił. Nie mam gdzie iść. Jutro rano przyjadę do was. Muszę się zatrzymać na jakiś czas.
Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie słowa. W głowie miałam tylko jedno: „Nie znowu”.
– Zosiu… – zaczęłam ostrożnie – To nie jest już twój dom. Przekazaliśmy mieszkanie Julii. Teraz ona tu mieszka z nami. Ty wybrałaś swoją drogę.
– Co?! – wrzasnęła w słuchawce. – Jak to nie mój dom? Jestem twoją córką! Mam prawo tu mieszkać!
– Nie masz już żadnych praw do tego mieszkania – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Julia była przy nas, kiedy najbardziej tego potrzebowaliśmy. Ty… Ty wybrałaś siebie.
– Zawsze ją faworyzowałaś! – krzyczała Zosia. – Ale ja jestem twoją córką! Jak możesz?!
– Zosiu, nie dzwoń tu więcej – powiedziałam drżącym głosem i rozłączyłam się.
Oparłam się o ścianę, czując jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę miałam ochotę rzucić telefonem o podłogę. Ale wtedy Julia wyszła z pokoju.
– Mamo? Wszystko w porządku?
Popatrzyłam na nią – moją młodszą córkę, a właściwie… przybraną córkę. Przypomniałam sobie tamten dzień sprzed lat, kiedy wszystko się zaczęło.
To był ranek, kiedy zadzwoniła moja siostra, Agata. Była chora na raka, ale ukrywała to przed wszystkimi. Zadzwoniła do mnie z prośbą: „Basiu, jeśli coś mi się stanie… zaopiekuj się Julią. Ona nie ma nikogo poza mną.”
Agata zmarła dwa tygodnie później. Julia miała wtedy dziewięć lat. Zosia była już nastolatką i od początku patrzyła na Julię jak na intruza.
Pierwsze miesiące były koszmarem. Zosia zamykała się w pokoju, ignorowała Julię, a czasem wręcz jej dokuczała.
– Dlaczego ona tu mieszka? – pytała mnie pewnego wieczoru, kiedy próbowałam ją przekonać do wspólnej kolacji.
– Bo jest rodziną, Zosiu. Twoja ciocia Agata nie żyje. Julia nie ma nikogo.
– To nie moja siostra! – rzuciła przez zaciśnięte zęby i trzasnęła drzwiami.
Próbowałam wszystkiego – rozmów, wspólnych wyjazdów, terapii rodzinnej. Ale Zosia zamknęła się w swoim świecie. Im bardziej Julia stawała się częścią naszej rodziny, tym bardziej Zosia się oddalała.
Kiedy Zosia miała osiemnaście lat, wyprowadziła się do Tomka – chłopaka z bogatej rodziny pod Warszawą. Przestała dzwonić, rzadko odwiedzała dom. Czułam się winna, ale wiedziałam, że nie mogę zostawić Julii samej.
Julia dorastała na naszych oczach – była cicha, skromna, wdzięczna za każdy gest czułości. Nigdy nie prosiła o nic więcej niż o odrobinę uwagi i miłości.
Pewnego dnia przyszła do mnie ze łzami w oczach:
– Mamo… czy ja naprawdę mogę mówić do ciebie „mamo”? Czy tylko udajemy?
Objęłam ją mocno.
– Jesteś moją córką tak samo jak Zosia. Może nawet bardziej… bo ty mnie nigdy nie zostawiłaś.
Zosia pojawiła się w naszym życiu tylko wtedy, gdy czegoś potrzebowała: pieniędzy na studia (których nigdy nie skończyła), wsparcia po kolejnej kłótni z Tomkiem czy pożyczki na samochód. Za każdym razem dawałam jej szansę wrócić do domu, ale ona zawsze wybierała własną wygodę.
Kiedy mój mąż Andrzej zachorował na serce i potrzebowaliśmy pieniędzy na operację, zadzwoniłam do Zosi z prośbą o pomoc.
– Mamo, przecież macie Julię! Ona jest taka zdolna, niech coś wymyśli! Ja mam swoje życie!
Rozłączyła się bez słowa wsparcia.
Julia sprzedała wtedy swoje oszczędności ze stypendium i oddała nam wszystko bez wahania.
– Mamo, tata musi żyć. Pieniądze są nieważne.
Operacja się udała. Andrzej wrócił do zdrowia dzięki Julii.
Po kilku latach postanowiliśmy przepisać mieszkanie na Julię. Było to dla nas oczywiste – ona była przy nas w każdej trudnej chwili.
Zosia dowiedziała się o tym przypadkiem i zadzwoniła z pretensjami:
– Jak mogliście?! To ja jestem waszą córką! To mi się należy!
– Zosiu… przez lata byłaś dla nas obca. Julia była przy nas zawsze.
– Nigdy wam tego nie wybaczę!
Od tamtej pory kontakt praktycznie się urwał.
Dziś Julia jest architektką, wyszła za mąż za Pawła – spokojnego chłopaka z sąsiedztwa. Często nas odwiedza, dba o nas jak o własnych rodziców.
Zosia… cóż, jej życie rozsypało się po rozstaniu z Tomkiem. Próbowała wrócić do nas, ale nie potrafiłam już jej zaufać.
Czasem pytam siebie: gdzie popełniłam błąd? Czy można kochać dzieci tak samo? Czy to one wybierają swoją drogę, czy my je popychamy?
Patrzę na Julię i czuję wdzięczność za to, że los postawił ją na mojej drodze. Ale serce boli mnie za Zosię – bo matka nigdy nie przestaje kochać swojego dziecka, nawet jeśli ono odwróciło się plecami.
Czy można naprawić to, co zostało złamane? Czy rodzina to tylko więzy krwi? A może to wybory i czyny sprawiają, że ktoś staje się naprawdę bliski?
Ciekawa jestem Waszych historii i opinii…