Syn przyszedł prosić o pieniądze, ale odmówiłam mu: Niedługo będziemy na emeryturze, trzeba oszczędzać
— Mamo, naprawdę nie mam już wyjścia — głos Pawła drżał, a ja czułam, jak ściska mnie w żołądku. Stał w progu naszego mieszkania, z rękami w kieszeniach, jakby chciał się schować przed całym światem. Był moim synem, moim jedynym dzieckiem, a jednak w tej chwili czułam się, jakbyśmy byli sobie obcy.
— Paweł, przecież wiesz, że nie możemy już tak po prostu rozdawać pieniędzy — odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał spokojnie, choć w środku aż kipiałam od emocji. Mój mąż, Andrzej, siedział w fotelu, udając, że czyta gazetę, ale widziałam, jak jego dłonie nerwowo ściskają papier. Nasz kot, Felek, przeciągnął się na parapecie, zupełnie nieświadomy napięcia, które wypełniało pokój.
— Ale mamo, to tylko pięć tysięcy. Potrzebuję na kaucję za mieszkanie. Wiesz, jak jest teraz ciężko znaleźć coś sensownego w Warszawie — Paweł mówił szybko, jakby bał się, że zaraz mu przerwę. — Przecież zawsze mi pomagaliście.
Zacisnęłam usta. Tak, pomagaliśmy. Przez całe życie staraliśmy się być dla niego wsparciem. Kiedy miał problemy na studiach, kiedy nie mógł znaleźć pracy, kiedy rozstał się z Martą i przez pół roku mieszkał z nami, próbując się pozbierać. Ale teraz… Teraz byliśmy już zmęczeni. Zbliżała się nasza emerytura, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że liczę każdy grosz.
— Paweł, rozumiesz, że niedługo przechodzimy na emeryturę? — powiedziałam cicho. — Musimy zacząć oszczędzać. Nie wiemy, jak będzie.
— Ale przecież macie oszczędności! — wybuchł. — Zawsze mówiliście, że odkładacie na czarną godzinę. To co, teraz ta godzina nie nadeszła? Dla mnie nie ma już nadziei?
Andrzej odłożył gazetę i spojrzał na mnie, jakby chciał, żebym to ja podjęła decyzję. Zawsze tak było — ja byłam tą „złą”, która musiała odmawiać, a on mógł potem przyjść i pocieszyć syna. Ale tym razem nie zamierzałam się wycofać.
— Paweł, musisz zrozumieć, że nie możemy już być twoją poduszką bezpieczeństwa. Jesteś dorosły. Masz trzydzieści pięć lat. Musisz nauczyć się radzić sobie sam.
Widziałam, jak jego twarz twardnieje, jakby zamykał się w sobie. Przez chwilę myślałam, że zaraz wybuchnie płaczem, ale tylko zacisnął zęby i odwrócił wzrok.
— Jasne. Rozumiem. Lepiej oszczędzać na kota niż na własnego syna — rzucił z goryczą i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Zapanowała cisza. Felek zeskoczył z parapetu i przyszedł się przytulić, jakby wyczuwał, że coś jest nie tak. Andrzej westchnął ciężko.
— Może powinniśmy mu jednak pomóc? — zapytał cicho, nie patrząc mi w oczy.
— Andrzej, ile razy jeszcze? — odpowiedziałam zmęczonym głosem. — On nigdy się nie nauczy, jeśli za każdym razem będziemy go ratować. Myślisz, że mi to łatwo przyszło?
Przez resztę dnia nie mogliśmy znaleźć sobie miejsca. Chodziłam po mieszkaniu, układałam rzeczy w szafkach, przestawiałam książki, ale wciąż czułam ciężar tej rozmowy. Przypominały mi się wszystkie chwile, kiedy Paweł był mały — jak biegał po parku, jak przychodził do mnie z rozbitym kolanem, jak płakał, gdy zgubił ulubioną zabawkę. Wtedy zawsze mogłam go przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Teraz nie mogłam już tego zrobić.
Wieczorem zadzwoniła moja siostra, Zofia. Zawsze była bardziej stanowcza ode mnie, ale tym razem jej głos był łagodny.
— Słyszałam, że Paweł miał u was awanturę — powiedziała bez ogródek. — Nie przejmuj się. Musi dorosnąć. Wszyscy kiedyś musimy.
— Ale co, jeśli naprawdę sobie nie poradzi? — zapytałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. — Co, jeśli go zawiodłam?
— Nie zawiodłaś. Dałaś mu wszystko, co mogłaś. Teraz czas, żeby sam się nauczył życia. Inaczej nigdy nie będzie szczęśliwy.
Po rozmowie długo siedziałam w kuchni, patrząc przez okno na ciemniejące niebo. W głowie kłębiły mi się myśli. Czy naprawdę zrobiłam dobrze? Czy matka powinna odmawiać własnemu dziecku pomocy, nawet jeśli to dziecko jest już dorosłe?
Następnego dnia Paweł nie zadzwonił. Ani kolejnego. Cisza między nami bolała mnie bardziej niż jakakolwiek kłótnia. Andrzej próbował mnie pocieszać, ale widziałam, że i jemu jest ciężko. W końcu, po tygodniu, Paweł przysłał mi krótką wiadomość: „Poradziłem sobie. Wynająłem pokój z kolegą. Dzięki za wszystko.”
Poczułam ulgę, ale i smutek. Może rzeczywiście musiałam pozwolić mu upaść, żeby mógł się podnieść. Może to była jedyna droga, żeby w końcu stał się niezależny. Ale czy to oznacza, że powinnam przestać być matką? Czy miłość do dziecka polega na tym, żeby zawsze go chronić, czy czasem trzeba pozwolić mu cierpieć?
Czasem patrzę na Felka, jak śpi zwinięty w kłębek na kanapie, i myślę o tym, jak bardzo chciałabym, żeby życie było prostsze. Żeby można było zawsze przytulić, pogłaskać, powiedzieć „wszystko będzie dobrze”. Ale wiem, że dorosłość to coś więcej. To umiejętność radzenia sobie z bólem, z rozczarowaniem, z samotnością.
Czy jestem złą matką, bo odmówiłam synowi pomocy? Czy może w końcu zrobiłam coś dobrego — dla niego i dla siebie? Może czasem największą miłością jest pozwolić komuś odejść i samemu znaleźć swoją drogę. Co wy o tym myślicie?