„Syn obiecał, że się mną zaopiekuje. Dziś wiem, jak smakuje zdrada własnego dziecka”

— Mamo, podpisz tutaj. To tylko formalność, żebyśmy mogli spokojnie wszystko załatwić — głos Pawła był spokojny, niemal czuły. Siedział naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, tym samym, przy którym przez lata odrabiał lekcje i jadł moje pierogi. W jego oczach widziałam coś nowego — niepokój? Zniecierpliwienie? Może już wtedy powinnam była się domyślić.

Podpisałam. Nawet nie przeczytałam dokładnie tych papierów. Przecież to mój syn. Mój jedyny syn. Zawsze powtarzał: „Mamo, kiedyś się tobą zaopiekuję. Nie pozwolę ci zostać samej.” Po śmierci mojego męża, Zbyszka, Paweł był moim jedynym oparciem. To on pomagał mi z zakupami, naprawiał cieknący kran, przychodził na niedzielne obiady z żoną i wnuczką. Czułam się potrzebna, kochana. Wierzyłam, że dobrze go wychowałam.

Tydzień po podpisaniu dokumentów Paweł przyszedł z żoną, Anetą. Była spięta, unikała mojego wzroku.

— Mamo… — zaczął Paweł, a ja już wiedziałam, że coś jest nie tak. — Musimy porozmawiać.

— O czym?

— O mieszkaniu. Wiesz… Aneta jest w ciąży, a nasze mieszkanie jest za małe. Potrzebujemy więcej miejsca. Pomyśleliśmy…

— Że się wyprowadzę? — przerwałam mu, czując jak serce wali mi w piersi.

— Tylko na jakiś czas! — wtrąciła Aneta. — Znaleźliśmy ci bardzo ładny pokój w domu opieki pod Warszawą. Tam będziesz miała opiekę, towarzystwo…

Poczułam się jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Dom opieki? Ja? Przecież jeszcze niedawno sama gotowałam dla nich rosół! Jeszcze mam siłę chodzić na spacery z wnuczką! Ale spojrzałam na Pawła i zobaczyłam w jego oczach… ulgę? Czy to możliwe?

— Ale… przecież obiecałeś…

— Mamo, to dla twojego dobra — powiedział cicho Paweł. — Tam będziesz miała lepsze warunki niż tutaj.

Nie pamiętam, jak długo siedziałam w milczeniu. W końcu podpisałam kolejne papiery. Tym razem już wiedziałam, co robię — oddaję mieszkanie synowi. „Na własność”, jak powiedział notariusz.

Dwa tygodnie później siedziałam już w ciasnym pokoiku z widokiem na parking. Pachniało tu środkami czystości i starością. Sąsiadka zza ściany płakała nocami przez sen. Próbowałam dzwonić do Pawła — nie odbierał. Aneta napisała mi SMS-a: „Paweł jest bardzo zajęty w pracy. Odwiedzimy cię w przyszłym miesiącu.”

Przez pierwsze dni nie mogłam spać. Wciąż słyszałam w głowie jego słowa: „Mamo, kiedyś się tobą zaopiekuję.” Czy to właśnie miał na myśli?

W domu opieki poznałam panią Halinę. Miała siedemdziesiąt lat i podobną historię — jej córka sprzedała mieszkanie po śmierci ojca i zostawiła matkę tutaj.

— Wie pani co? — powiedziała pewnego wieczoru Halina, kiedy siedziałyśmy razem na ławce przed budynkiem. — Najgorsze nie jest to, że nas tu zostawili. Najgorsze jest to, że my im wierzyłyśmy.

Zaczęłam analizować swoje życie. Przypominałam sobie wszystkie chwile z Pawłem: jak tulił się do mnie po koszmarze nocnym, jak płakał po rozbitym kolanie, jak pierwszy raz powiedział „kocham cię” bez powodu. Gdzie popełniłam błąd? Czy byłam zbyt pobłażliwa? Czy za bardzo go kochałam?

Pewnego dnia odwiedziła mnie wnuczka, Ola. Miała ze sobą rysunek: „Babciu, to ty i ja na spacerze.” Uśmiechnęła się do mnie szeroko.

— Babciu, kiedy wrócisz do domu?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Po jej wyjściu długo płakałam. Czułam się zdradzona przez własne dziecko, ale jeszcze bardziej przez samą siebie — za tę ślepą ufność.

Mijały tygodnie. Paweł dzwonił coraz rzadziej. Raz przyszedł sam.

— Mamo… wiem, że jesteś zła… Ale musisz zrozumieć… My też mamy swoje życie.

— A ja? Ja już nie mam życia? — zapytałam cicho.

Nie odpowiedział. Wyszedł szybko.

Czasem słyszę od innych pensjonariuszek podobne historie: dzieci przejmują mieszkania rodziców „dla ich dobra”, a potem zostawiają ich samych w domach opieki lub wynajętych pokojach. To nie jest tylko moja historia — to historia wielu polskich matek i ojców.

Dziś siedzę przy oknie i patrzę na zachodzące słońce nad parkingiem. Zastanawiam się: czy naprawdę można aż tak zawieść własne dziecko? Czy miłość matki zawsze musi kończyć się bólem?

Może ktoś z was zna odpowiedź? Może ktoś przeżył coś podobnego? Czy naprawdę zasłużyłam na taki los?