Syn chciał się wyprowadzić na działkę: Moje serce pękało, ale powiedziałam stanowcze „nie”
– Mamo, wyprowadzamy się na działkę. Zdecydowaliśmy z Martą – usłyszałam głos Bartka, zanim jeszcze zdążyłam odłożyć torbę z zakupami. Stał w przedpokoju, z tą swoją upartą miną, którą znałam od dziecka. Był środek listopada, deszcz bębnił o parapet, a ja czułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg.
– Bartek, przecież tam nie ma nawet porządnego ogrzewania! – próbowałam zachować spokój, choć w środku już zaczynała się burza. – Zimą na tej działce jest wilgoć i mróz. Jak wy sobie to wyobrażacie?
– Damy radę. Marta będzie pracować zdalnie, ja dojadę do biura. Chcemy być sami. Potrzebujemy tego – odpowiedział stanowczo, ale w jego oczach widziałam cień niepewności.
Bartek zawsze był marzycielem. Najmłodszy z moich dzieci, wiecznie z głową w chmurach i planami większymi niż życie. Miał dopiero 26 lat, dopiero co dostał pierwszą poważną pracę w agencji reklamowej. Marta – dziewczyna z sąsiedztwa, spokojna i cicha, ale też niepewna jutra. Znali się od roku.
– Synku, nie chcę być tą złą matką, ale czy nie za wcześnie? Ty dopiero zaczynasz pracę, Marta nie wie nawet, czy przedłużą jej umowę…
– Mamo! – przerwał mi ostro. – Zawsze mówiłaś, że muszę być samodzielny. Teraz chcę spróbować.
Patrzyłam na niego i widziałam tego małego chłopca, który kiedyś bał się spać sam w pokoju. Teraz stał przede mną dorosły mężczyzna, a ja nie umiałam przestać się martwić.
– Kochanie… – westchnęłam ciężko. – Nie mam nic do Marty. Ale ta działka… To nie jest miejsce do życia zimą. Jeśli chcecie być na swoim – pomogę wam finansowo z wynajmem mieszkania albo remontem tutaj w Warszawie. Ale nie mogę pozwolić wam tam mieszkać teraz…
Bartek zacisnął usta. Widziałam, jak walczy ze sobą.
– Czyli znowu mi nie ufasz? – wyszeptał.
– To nie tak… Po prostu się boję. Nie chcę, żebyście cierpieli – odpowiedziałam i poczułam łzy pod powiekami.
Nie powiedział już nic więcej. Wyszedł z mieszkania trzaskając drzwiami tak mocno, że aż drgnęłam.
Wieczorem zadzwoniła Marta.
– Pani Anno… Czy mogę chwilę porozmawiać? – jej głos był cichy i niepewny.
– Oczywiście, Marto.
– Wiem, że to dla pani trudne… Ale naprawdę chcemy spróbować sami. Nie chcemy pani obciążać finansowo…
– To nie o pieniądze chodzi – przerwałam jej. – Chodzi o wasze bezpieczeństwo i gotowość na trudności.
– Poradzimy sobie – powiedziała z przekonaniem.
– Oby… – westchnęłam.
Tej nocy nie zmrużyłam oka. Wspominałam własną młodość – jak uciekłam z rodzinnego domu w Radomiu do Warszawy z ojcem Bartka. Mieszkaliśmy w kawalerce z grzybem na ścianach i zimnem w kościach. Ale wtedy świat był inny… Teraz wszystko wydaje się trudniejsze i droższe.
Bartek nie wrócił na noc. Pisałam do niego: „Kocham cię. Proszę, przemyśl to jeszcze.” Nie odpisał.
Cisza trwała trzy dni. Każda minuta była jak wieczność. W końcu czwartego dnia wrócił do domu. Był blady i zmęczony.
– Zostaniemy jeszcze trochę tutaj – powiedział cicho. – Zbieramy pieniądze na remont działki na wiosnę…
Poczułam ulgę i jednocześnie wyrzuty sumienia.
– Dziękuję ci, mamo… że o nas myślisz – dodał i przytulił mnie mocno.
Łzy popłynęły mi po policzkach.
Teraz siedzę sama przy kuchennym stole z herbatą i zastanawiam się: Czy dobrze zrobiłam? Może powinnam była pozwolić im spróbować i popełnić własne błędy? A może czasem miłość matki to właśnie umiejętność powiedzenia „nie”, nawet gdy serce krzyczy „tak”? Co wy byście zrobili na moim miejscu?