Ślub mojej siostry nas podzielił: Odkąd babcia zamieszkała z nami, nic już nie jest takie samo

– Nie rozumiesz, Anka! Ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo! – krzyknęła moja mama, trzaskając drzwiami kuchni. Stałam przy zlewie, ściskając w dłoni kubek po herbacie, który jeszcze przed chwilą trzymała babcia. W powietrzu unosił się zapach mięty i napięcia – gęstego, lepkiego jak miód, który rozlał się na podłodze i nie chciał zniknąć.

To był kolejny wieczór pełen kłótni. Od kiedy babcia przeprowadziła się do nas po ślubie mojej siostry Magdy, nasz dom przestał być miejscem spokoju. Magda wyprowadziła się do swojego świeżo upieczonego męża, Pawła, a ja zostałam z rodzicami i babcią w naszym trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Bródnie. Każdy dzień przypominał pole minowe – nigdy nie wiedziałam, kiedy wybuchnie kolejna awantura.

Babcia była kiedyś pełna życia, opowiadała mi bajki o swoim dzieciństwie na wsi pod Radomiem. Teraz jednak coraz częściej patrzyła przez okno, milcząca, zaciśnięta w sobie. Czasem miałam wrażenie, że jej obecność jest dla wszystkich ciężarem – dla niej samej też. Mama próbowała być miła, ale zmęczenie i frustracja przebijały przez każdy jej gest. Tata wracał coraz później z pracy i zamykał się w swoim pokoju pod pretekstem „ważnych maili”.

Pewnego wieczoru usłyszałam cichy szloch z pokoju babci. Weszłam bez pukania. Siedziała na łóżku, trzymając w rękach stary album ze zdjęciami.

– Aniu… – zaczęła cicho. – Czy ja naprawdę musiałam tu przyjeżdżać? Może lepiej byłoby w domu starców?

Zatkało mnie. Przecież to była decyzja całej rodziny – po śmierci dziadka babcia nie radziła sobie sama. Ale nikt nie zapytał jej, czego ona chce.

– Babciu, przecież tu jesteś z nami… – próbowałam ją pocieszyć.

– Z wami? – spojrzała na mnie smutno. – A czuję się bardziej samotna niż kiedykolwiek.

Te słowa dźwięczały mi w głowie przez całą noc. Następnego dnia Magda zadzwoniła.

– Anka, mama do mnie dzwoniła. Mówiła, że babcia znowu płakała. Co tam się dzieje?

– A co ma się dziać? – odpowiedziałam z goryczą. – Ty sobie żyjesz szczęśliwie z Pawłem, a my tu mamy dom pełen napięcia.

– Przesadzasz! – oburzyła się Magda. – Przecież wszyscy chcieliśmy dobrze.

– Ale wyszło jak zawsze – rzuciłam i rozłączyłam się.

Od tamtej pory Magda rzadziej dzwoniła. Mama coraz częściej wybuchała płaczem albo krzyczała na mnie o byle co: że nie wyniosłam śmieci, że za głośno rozmawiam przez telefon, że nie pomagam jej przy babci. Tata stał się niemal niewidzialny.

Wszystko zmieniło się pewnej soboty. Babcia przewróciła się w łazience. Usłyszałam huk i jej cichy jęk. Zbiegłam po schodach szybciej niż kiedykolwiek.

– Nic mi nie jest… – szepnęła babcia, ale widziałam łzy bólu w jej oczach.

Mama przybiegła zaraz za mną i zaczęła krzyczeć:

– Mówiłam ci, żebyś nie chodziła sama do łazienki! Dlaczego nigdy mnie nie słuchasz?!

Babcia skuliła się jeszcze bardziej. Wtedy coś we mnie pękło.

– Mamo! Przestań! To nie jej wina! Może gdybyśmy byli dla niej milsi, nie czułaby się taka zagubiona!

Mama spojrzała na mnie jak na obcą osobę. Przez chwilę myślałam, że mnie uderzy. Ale tylko wyszła z łazienki i zatrzasnęła za sobą drzwi.

Pomogłam babci usiąść na łóżku. Trzęsły jej się ręce.

– Przepraszam cię, Aniu… Nie chciałam robić problemów.

– To nie ty powinnaś przepraszać – powiedziałam cicho.

Wieczorem zadzwoniłam do Magdy.

– Musisz tu przyjechać. Nie damy rady same.

Przyjechała następnego dnia z Pawłem. Atmosfera była gęsta jak śmietana przed ubiciem. Magda próbowała rozmawiać z mamą, ale ta tylko wzruszała ramionami.

– To ty wybrałaś swoje życie – powiedziała jej mama chłodno. – Teraz my musimy sobie radzić.

Magda rozpłakała się i wybiegła z mieszkania. Paweł pobiegł za nią.

Zostałam sama z mamą i babcią. Przez chwilę nikt się nie odzywał.

– Może powinniśmy zatrudnić opiekunkę? – zaproponowałam nieśmiało.

Mama spojrzała na mnie z wyrzutem:

– A kto za to zapłaci? Myślisz, że pieniądze rosną na drzewach?

Wtedy poczułam się jak w pułapce bez wyjścia. Każde rozwiązanie było złe: oddać babcię do domu opieki? Zatrudnić kogoś obcego? A może po prostu dalej udawać, że wszystko jest w porządku?

Wieczorem usiadłam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. W głowie miałam tysiąc pytań bez odpowiedzi. Czy naprawdę rodzina to wsparcie? Czy może czasem więzienie, z którego nie potrafimy się uwolnić?

Czasem myślę: czy można kochać i jednocześnie czuć żal? Czy poświęcenie dla bliskich zawsze musi boleć? Co wy o tym sądzicie?