Siedemdziesiąt lat i niewidzialna: Moja walka o bycie zauważoną przez własną córkę
— Mamo, nie mam teraz czasu, naprawdę! — głos Agnieszki był ostry jak brzytwa. Stałam w progu jej mieszkania, z torbą pełną domowych pierogów, które lepiłam przez pół nocy. Chciałam tylko zobaczyć wnuczkę, może napić się razem herbaty. Ale drzwi już się zamykały, a ja czułam, jakby zamykały się przede mną całe moje życie.
Zawsze byłam dla niej — dla Agnieszki — wszystkim. Po śmierci męża to ona była moim światem. Pracowałam na dwa etaty, żeby mogła studiować medycynę. Odkładałam na jej mieszkanie, rezygnowałam z własnych marzeń. Teraz mam siedemdziesiąt lat i coraz częściej czuję się jak cień w jej uporządkowanym świecie.
Wracając do pustego mieszkania na warszawskim Mokotowie, czułam w gardle gulę. Winda zatrzymała się na moim piętrze, a ja przez chwilę nie mogłam się ruszyć. W głowie dudniły mi słowa Agnieszki: „Nie mam czasu”. Dla niej jestem już tylko starą matką, która przeszkadza w codziennym biegu.
Telefon milczał przez kolejne dni. Zamiast tego dzwoniła sąsiadka, pani Zosia, pytając czy nie potrzebuję czegoś ze sklepu. Odpowiadałam zawsze to samo: „Dziękuję, poradzę sobie”. Ale czy naprawdę sobie radziłam? Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Czasem łapałam się na tym, że rozmawiam sama ze sobą:
— Czy to już tak będzie do końca? Czy naprawdę jestem nikomu niepotrzebna?
W niedzielę zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do Agnieszki. Odebrała po kilku sygnałach.
— Mamo, co się stało?
— Chciałam tylko zapytać, czy mogłabym przyjść na chwilę…
— Mamo, naprawdę mam dużo pracy. Może kiedy indziej?
Głos jej był zmęczony, ale w środku czułam narastającą złość. Przecież to ja ją wychowałam! To ja byłam przy niej, kiedy miała gorączkę, kiedy płakała po pierwszym zawodzie miłosnym. Teraz nie ma dla mnie nawet chwili.
Tydzień później przyszła do mnie listonoszka z poleconym listem. To była informacja z przychodni — wyniki badań. Siedziałam przy stole i patrzyłam na niezrozumiałe medyczne terminy. Zadzwoniłam do Agnieszki:
— Agnieszko, dostałam wyniki badań. Nie rozumiem tych wszystkich słów…
— Mamo, wyślij mi zdjęcie SMS-em, zobaczę później.
Później. Wszystko zawsze później.
Zaczęłam coraz częściej wychodzić z domu tylko po to, by poczuć obecność innych ludzi. W parku na ławce przysiadały się inne starsze panie. Rozmawiałyśmy o pogodzie, o cenach w sklepach, o dzieciach — zawsze z nutą goryczy w głosie.
— Moja też nie dzwoni — mówiła pani Halina. — Tylko jak czegoś potrzebuje.
Czułam się trochę lepiej wiedząc, że nie jestem sama w tej samotności. Ale czy to wystarczało?
Pewnego dnia zadzwonił telefon. To była Agnieszka.
— Mamo, możesz przyjechać do Zuzi? Muszę zostać dłużej w pracy.
Serce mi zabiło mocniej. Wreszcie mnie potrzebuje! Szybko ubrałam płaszcz i pobiegłam na przystanek. W autobusie ściskałam torbę z zabawkami dla wnuczki.
W mieszkaniu Agnieszki panował bałagan. Zuzia rzuciła mi się na szyję:
— Babciu! Zrobisz naleśniki?
Robiłam je z radością, słuchając dziecięcego śmiechu. Przez chwilę czułam się znów potrzebna. Wieczorem Agnieszka wróciła zmęczona.
— Dzięki, mamo — rzuciła szybko i zaczęła przeglądać telefon.
Chciałam z nią porozmawiać — o tym, jak się czuję, o wynikach badań, o samotności… Ale ona była już gdzie indziej myślami.
— Agnieszko…
— Mamo, proszę cię… Jestem wykończona.
Wyszłam cicho z mieszkania. Na klatce schodowej łzy same napłynęły mi do oczu.
W domu długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym, co zrobiłam źle jako matka. Czy za bardzo ją chroniłam? Czy za mało wymagałam? Czy teraz płacę cenę za własne błędy?
Następnego dnia zadzwoniła pani Zosia:
— Pani Marysiu, może pójdziemy razem na spacer?
Zgodziłam się bez wahania. Spacerowałyśmy po parku i rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Poczułam ulgę — ktoś mnie słuchał, ktoś mnie widział.
Wieczorem zadzwoniła Agnieszka:
— Mamo… Przepraszam za wczoraj. Jestem ostatnio bardzo zmęczona…
— Rozumiem cię, kochanie — odpowiedziałam cicho.
Ale czy naprawdę rozumiałam? Czy ona kiedykolwiek zrozumie mnie?
Czasem myślę: ile jeszcze będę czekać na zwykłe „jak się czujesz?” od własnej córki? Czy starość musi oznaczać niewidzialność? A może to ja powinnam nauczyć się żyć inaczej?
Czy Wy też czasem czujecie się niewidzialni dla najbliższych? Co zrobić, żeby znów poczuć się potrzebnym?