Przebacz mi, Zosiu – Szepnęła Teściowa przez Łzy – Bóg Już Mnie Ukarał: Teściowa Spojrzała na Wnuka i Zapłakała

— Zosiu, proszę… przebacz mi — głos mojej teściowej drżał, a łzy spływały jej po policzkach. Stała w kuchni, oparta o blat, z oczami utkwionymi w mojego synka, który bawił się na podłodze klockami. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie słowa. W głowie pulsowało mi tylko jedno pytanie: dlaczego dopiero teraz?

Wszystko zaczęło się dziesięć lat temu, kiedy poznałam Piotra. Był czuły, opiekuńczy, inny niż wszyscy mężczyźni, których znałam. Szybko się zakochaliśmy i równie szybko postanowiliśmy zamieszkać razem. Wtedy po raz pierwszy spotkałam jego matkę, panią Helenę. Już od progu poczułam chłód bijący z jej spojrzenia.

— Piotruś, a to twoja… koleżanka? — zapytała z wymuszonym uśmiechem, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów.

— Mamo, to Zosia. Moja dziewczyna — odpowiedział Piotr, ściskając mnie za rękę.

Wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale nie spodziewałam się, że przez kolejne lata będę musiała walczyć o każdy gest akceptacji. Helena była kobietą zasad, twardą i wymagającą. Wszystko musiało być po jej myśli: od niedzielnego obiadu po wybór imienia dla naszego syna.

Kiedy zaszłam w ciążę, miałam nadzieję, że coś się zmieni. Że może wnuk ociepli jej serce. Ale zamiast tego usłyszałam:

— Znowu nie masz apetytu? W ciąży trzeba jeść za dwoje! — krzyczała przez telefon, gdy tylko wspomniałam o mdłościach.

Piotr próbował mnie wspierać, ale był rozdarty między mną a matką. Czułam się coraz bardziej samotna. Każda wizyta u Heleny kończyła się łzami — moimi lub jej. Czasem miałam wrażenie, że rywalizujemy o Piotra jak dwie zazdrosne kobiety.

Najgorsze przyszło po narodzinach Antosia. Helena niemal zamieszkała z nami. Krytykowała wszystko: jak przewijam dziecko, jak gotuję zupę, jak rozmawiam z mężem.

— Ty nic nie rozumiesz! — wybuchła pewnego dnia, gdy poprosiłam ją o trochę przestrzeni. — Piotr zawsze był moim oczkiem w głowie! Nie pozwolę ci go odebrać!

Zaczęłam unikać spotkań rodzinnych. Czułam się obca we własnym domu. Piotr coraz częściej wracał późno z pracy, tłumacząc się nadgodzinami. A ja… ja płakałam nocami do poduszki, bo czułam, że przegrywam walkę o własną rodzinę.

Pewnego dnia Antoś zachorował. Wysoka gorączka, szpital, strach o jego życie. Helena przyjechała natychmiast. Siedziałyśmy razem przy łóżku synka i po raz pierwszy zobaczyłam ją bez maski surowości. Drżały jej ręce, a oczy miała zaczerwienione od płaczu.

— Zosiu… ja wiem, że byłam dla ciebie okrutna — wyszeptała nagle. — Ale ja… ja nie umiem inaczej kochać. Mnie też nikt nie nauczył.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na nią i czułam mieszaninę gniewu i współczucia. Przez chwilę chciałam ją przytulić, ale coś mnie powstrzymało.

Po wyjściu Antosia ze szpitala Helena zaczęła się zmieniać. Przynosiła ciasta, pomagała w domu, czasem nawet zapytała mnie o zdanie. Ale rany były zbyt świeże. Każdy jej gest wydawał mi się podejrzany.

Aż do tamtego dnia w kuchni.

— Bóg już mnie ukarał — szepnęła nagle Helena, patrząc na Antosia z rozpaczą w oczach. — Straciłam twojego ojca przez własny upór. Nie chcę stracić wnuka i syna przez własną dumę…

Zrozumiałam wtedy, że ona naprawdę cierpi. Że jej surowość była tarczą przed światem, a pod nią kryła się samotność i lęk przed odrzuceniem.

Usiadłam obok niej i po raz pierwszy od lat poczułam ulgę.

— Może spróbujmy jeszcze raz? — zaproponowałam cicho.

Helena skinęła głową i przytuliła mnie mocno do siebie.

Dziś patrzę na nią inaczej. Widzę kobietę złamaną przez życie, która dopiero teraz uczy się kochać bez warunków. Ale czy ja potrafię jej naprawdę wybaczyć? Czy można zapomnieć lata bólu i upokorzeń?

Czasem myślę: ile rodzin mogłoby być szczęśliwszych, gdybyśmy umieli mówić o swoich uczuciach wcześniej? Czy naprawdę musimy czekać na tragedię, by zacząć się rozumieć?