Pod Jednym Dachem: Cień Teściowej Nad Moim Życiem

— Znowu nie umyłaś podłogi w kuchni! — głos pani Haliny, mojej teściowej, przeszył ciszę poranka jak nóż. Stałam przy zlewie, myjąc kubek po kawie, kiedy jej słowa uderzyły mnie w plecy. Zacisnęłam dłonie na porcelanie, czując jak narasta we mnie fala bezsilności. — Przepraszam, zaraz to zrobię — odpowiedziałam cicho, choć w środku krzyczałam.

To nie był pierwszy raz. Od kiedy zamieszkaliśmy z Adamem u jego matki, moje życie zamieniło się w niekończącą się listę obowiązków. Każdego dnia budziłam się z nadzieją, że dziś będzie inaczej, że może Adam w końcu stanie po mojej stronie. Ale on tylko spuszczał wzrok, udając, że nie słyszy matczynych wyrzutów.

Pamiętam dzień naszej przeprowadzki. Byłam wtedy w ciąży z naszym synkiem, Michałem. Adam przekonywał mnie, że to tylko na chwilę — „Mama pomoże nam przy dziecku, a potem znajdziemy coś swojego”. Minęły trzy lata. Michał już biega po domu, a ja wciąż czuję się tu jak gość, a raczej — jak służąca.

Teściowa miała swoje zasady. Śniadanie o siódmej, obiad punkt dwunasta, kolacja o dziewiętnastej. Wszystko musiało być idealnie czyste, a jeśli coś nie było po jej myśli — dawała mi to odczuć. — W moim domu zawsze było porządnie — powtarzała z dumą. — Nie wiem, jak twoja matka cię wychowała, ale tu obowiązują moje reguły.

Czasem próbowałam się bronić. — Pani Halino, może dziś ja zrobię obiad po swojemu? — zaproponowałam pewnego dnia. Spojrzała na mnie z góry, jakbym była dzieckiem. — Lepiej nie ryzykuj. Adam lubi moje zupy.

Adam… Kiedyś był moim wsparciem. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie. Był czuły, opiekuńczy, potrafił rozśmieszyć mnie nawet w najgorszy dzień. Ale odkąd wróciliśmy do jego rodzinnego domu w Tarnowie, jakby zniknął. Stał się cieniem samego siebie — i cieniem swojej matki.

Wieczorami leżałam obok niego w łóżku i czułam się samotniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. — Adam, dlaczego nic nie mówisz? Przecież widzisz, jak ona mnie traktuje — szepnęłam pewnej nocy. Przez chwilę milczał, potem odwrócił się do ściany. — To jej dom… Musimy się dostosować.

Zaciskałam zęby i robiłam to, co do mnie należało. Dla Michała starałam się być pogodna i cierpliwa. Ale coraz częściej łapałam się na tym, że nie poznaję siebie w lustrze. Gdzie podziała się ta silna kobieta, która miała marzenia? Która chciała wrócić do pracy jako nauczycielka? Teraz byłam tylko „żoną Adama” i „synową pani Haliny”.

Najgorsze były niedziele. Wtedy cała rodzina zbierała się na obiedzie i teściowa rozkwitała w roli gospodyni. Ja biegałam między kuchnią a jadalnią z talerzami i półmiskami, a ona komentowała każdy mój ruch: — Uważaj, nie rozlej sosu! — albo — Znowu za mało soli! — Goście patrzyli na mnie ze współczuciem albo udawali, że nic nie widzą.

Pewnego dnia nie wytrzymałam. Michał miał gorączkę i całą noc nie spałam przy jego łóżku. Rano ledwo stałam na nogach, ale teściowa już czekała z listą zadań: pranie, sprzątanie łazienki, zakupy. — Pani Halino, dziś naprawdę nie dam rady… Michał jest chory, ja też źle się czuję… — próbowałam tłumaczyć.

— W moich czasach kobiety nie narzekały! — syknęła. — Dziecko chore? To jeszcze większy powód, żeby dom był czysty!

Wtedy coś we mnie pękło. Zostawiłam wszystko i zamknęłam się z Michałem w pokoju. Płakałam razem z nim. Po południu Adam wrócił z pracy i zobaczył mnie roztrzęsioną.

— Co się stało? — zapytał zaniepokojony.
— Twoja mama… Ja już tak nie mogę! Czuję się tu jak nikt! — wybuchłam.
Adam westchnął ciężko.
— Wiesz, że ona już jest starsza… Nie chcę jej denerwować.
— A mnie możesz denerwować? — zapytałam przez łzy.
Nie odpowiedział.

Od tamtej pory zaczęłam szukać pomocy. Najpierw zadzwoniłam do mojej mamy do Rzeszowa. — Córeczko, musisz postawić granice! Nie możesz pozwolić się tak traktować! — mówiła stanowczo.
Ale jak postawić granice komuś, kto uważa cię za intruza we własnym domu?

Zaczęłam czytać o asertywności, rozmawiać z koleżankami. Jedna z nich poleciła mi psychologa online. Na pierwszej sesji płakałam przez pół godziny bez przerwy.
— Pani Marto — powiedziała psycholożka ciepłym głosem — pani życie też jest ważne. Ma pani prawo do szacunku i odpoczynku.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie.

Powoli zaczęłam mówić „nie”. Najpierw drobne rzeczy: odmówiłam sprzątania piwnicy w sobotę („Mam plany z Michałem”), potem gotowania obiadu dla całej rodziny („Dziś zamawiamy pizzę”). Teściowa patrzyła na mnie z niedowierzaniem i coraz częściej komentowała moje „lenistwo”. Adam był spięty i unikał rozmów.

Ale ja czułam się coraz silniejsza.

Pewnego wieczoru usiedliśmy razem przy stole. Michał rysował kredkami obok nas.
— Adamie — zaczęłam spokojnie — musimy porozmawiać o naszej przyszłości. Nie chcę już tak żyć.
Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.
— Co masz na myśli?
— Albo znajdziemy własne mieszkanie i zaczniemy żyć po swojemu… albo ja odejdę z Michałem.
W pokoju zapadła cisza. Teściowa przysłuchiwała się rozmowie zza drzwi.
Adam długo milczał.
— Dobrze… Poszukam czegoś na wynajem — powiedział w końcu cicho.

To był początek zmian. Nie było łatwo — teściowa płakała i oskarżała mnie o rozbicie rodziny („Zabierasz mi syna!”), Adam miał wyrzuty sumienia. Ale pierwszy raz od lat poczułam ulgę i nadzieję.

Dziś mieszkamy sami w małym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Nie jest idealnie — czasem kłócimy się o drobiazgi, czasem tęsknię za dawnym wsparciem Adama. Ale odzyskałam siebie.

Często zastanawiam się: dlaczego tak trudno nam postawić granice najbliższym? Czy miłość zawsze musi oznaczać poświęcenie siebie? Może czasem trzeba zawalczyć o własne szczęście — nawet jeśli oznacza to rozczarowanie innych.