Pięć lat po rozwodzie mojego męża, a teściowa wciąż nie daje nam żyć
— Znowu była u nas. — Głos mojego męża, Michała, drżał lekko, gdy zamykał za sobą drzwi. — Mama? — zapytałam, choć znałam odpowiedź. Wystarczyło spojrzeć na jego twarz: zmęczoną, z cieniem rezygnacji pod oczami. — Tak. Przyniosła ciasto i… zdjęcia z komunii Oliwii. Chciała, żebym je powiesił w salonie. — Michał westchnął ciężko i usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.
Oliwia. Córka Michała z pierwszego małżeństwa. Pięć lat temu jego świat się rozpadł — rozwiódł się z Magdą, swoją pierwszą żoną. Ja pojawiłam się w jego życiu później, kiedy już wydawało się, że wszystko powoli wraca do normy. Ale dla jego matki, pani Haliny, nic nie było normalne. Dla niej ja byłam tylko przeszkodą na drodze do „naprawienia” rodziny.
— Powiedziała coś jeszcze? — zapytałam ostrożnie, próbując nie okazać złości. Michał spojrzał na mnie bezradnie. — Że powinienem wrócić do Magdy. Dla Oliwii. Że ona cierpi przez naszą „egoistyczną decyzję”.
W tej chwili poczułam, jak coś we mnie pęka. Ile razy można słyszeć te same słowa? Ile razy można być traktowaną jak intruz we własnym domu? Przecież to nie ja rozbiłam tamto małżeństwo. To nie ja byłam powodem ich rozstania. Ale dla pani Haliny to nie miało znaczenia.
Pamiętam pierwszy raz, kiedy ją poznałam. Było zimno, padał śnieg, a ona patrzyła na mnie tak, jakby chciała mnie prześwietlić wzrokiem. — A ty to kto? — zapytała bez ogródek, zanim jeszcze zdążyłam się przedstawić. — Jestem Anna — odpowiedziałam cicho, wyciągając rękę. Nie podała mi jej.
Od tamtej pory każda nasza rozmowa była jak pole minowe. Pani Halina przychodziła do nas bez zapowiedzi, przynosiła zdjęcia Magdy i Oliwii, opowiadała o „prawdziwej rodzinie”, o tym, jak bardzo jej syn się zmienił od czasu rozwodu. Czułam się coraz bardziej obca w tym domu, który miał być moją przystanią.
Najgorsze były święta. W Wigilię pani Halina zawsze zostawiała wolne miejsce przy stole „dla Magdy i Oliwii”, choć wiedziała, że spędzają ten czas gdzie indziej. Kiedyś usłyszałam, jak mówi do Michała: — Może jeszcze wszystko się ułoży… Może Anna zrozumie, że nie pasuje do tej rodziny.
Michał próbował mnie bronić, ale był rozdarty między mną a matką. Wiedziałam, że kocha swoją córkę i chce być obecny w jej życiu. Ja też starałam się zaakceptować Oliwię, choć czułam na sobie wzrok pani Haliny za każdym razem, gdy dziewczynka do nas przychodziła.
Pewnego dnia usłyszałam rozmowę przez przypadek. Stałam w kuchni, kiedy pani Halina przyszła po raz kolejny bez zapowiedzi.
— Michałku, nie widzisz, że ta dziewczyna cię od wszystkiego odciąga? Magda była inna… Dom był wtedy pełen śmiechu. Teraz tylko cisza i napięcie.
— Mamo! — przerwał jej Michał. — To już przeszłość. Proszę cię, zaakceptuj Annę.
— Nigdy jej nie zaakceptuję! — krzyknęła pani Halina tak głośno, że aż podskoczyłam.
Po tej rozmowie długo płakałam w łazience. Czułam się jak cień w czyimś życiu, jak ktoś zbędny i niechciany. Zaczęłam unikać spotkań rodzinnych, coraz częściej wychodziłam z domu pod pretekstem pracy czy spotkań ze znajomymi.
Michał widział, co się dzieje, ale był bezradny.
— Przepraszam cię za nią — mówił cicho wieczorami. — Nie wiem już, co robić.
— Może powinniśmy wyjechać? Zacząć gdzieś od nowa? — zaproponowałam pewnego razu.
— Nie mogę zostawić Oliwii… — odpowiedział z bólem w głosie.
Rozumiałam go. Ale czy ktoś rozumiał mnie?
Z czasem zaczęły się pojawiać plotki wśród sąsiadów. Ktoś powiedział mi w sklepie: — Szkoda tej dziewczynki… Tyle przeszła przez ten rozwód.
Czułam się winna za coś, czego nie zrobiłam. Każde spojrzenie pani Haliny przypominało mi o tym, że jestem tylko „tą drugą”.
Pewnego dnia Magda zadzwoniła do Michała.
— Twoja mama była dziś u mnie — powiedziała chłodno przez telefon. — Powiedziała Oliwii, że tata wróci do domu, jeśli będzie grzeczna.
Michał był wściekły. Po raz pierwszy zobaczyłam go takiego: zdeterminowanego i gotowego walczyć o naszą rodzinę.
— Musimy postawić granice — powiedział stanowczo. — Nie pozwolę jej dłużej mieszać w naszym życiu.
Ale to nie było takie proste. Pani Halina zaczęła szantażować emocjonalnie Michała: płakała przez telefon, mówiła o swoim złamanym sercu i samotności. Próbowała wzbudzić w nim poczucie winy za to, że „zniszczył rodzinę”.
W końcu doszło do konfrontacji. Spotkaliśmy się wszyscy razem: ja, Michał i pani Halina.
— Mamo — zaczął Michał spokojnie — musisz zaakceptować mój wybór. Anna jest moją żoną i ją kocham.
— Ale co z Oliwią? Co z Magdą? Myślisz tylko o sobie! — krzyczała pani Halina.
— Myślę o wszystkich! Ale nie mogę żyć przeszłością! Proszę cię… pozwól nam być szczęśliwymi.
Pani Halina wybiegła z mieszkania ze łzami w oczach.
Od tamtej pory widujemy ją rzadziej. Czasem dzwoni do Michała, czasem przychodzi na chwilę zobaczyć Oliwię. Ale już nie próbuje ingerować w nasze życie tak jak wcześniej.
A ja? Wciąż czuję się trochę obca w tej rodzinie. Wciąż boję się kolejnej wizyty pani Haliny, kolejnych słów raniących bardziej niż nóż.
Czasem zastanawiam się: czy kiedykolwiek będę mogła poczuć się tu naprawdę u siebie? Czy przeszłość mojego męża zawsze będzie wisiała nad nami jak cień?
Może są rzeczy, których nigdy nie da się naprawić… Ale czy to znaczy, że nie zasługuję na własne szczęście?