Odwiedziny, które zmieniły wszystko: Czy matczyna miłość ma granice?

— Mamo, możesz jeszcze raz przejechać mopem w kuchni? Przysięgam, że rozlałem trochę kawy — usłyszałam z salonu głos mojego syna, Michała, zanim zdążyłam nawet usiąść po śniadaniu. Stałam z rękami zanurzonymi w pianie, zmywając talerze po jego szybkim posiłku, i poczułam, jak coś we mnie pęka. Przyjechałam do Warszawy na kilka dni, żeby odpocząć, pobyć z nim, może pójść razem do kina albo na spacer po Łazienkach. Zamiast tego od trzech dni czuję się jak niewidzialna pomoc domowa.

Michał zawsze był moim oczkiem w głowie. Po śmierci jego ojca wychowywałam go sama, rezygnując z własnych marzeń i planów. Kiedy dostał pracę w stolicy i wyprowadził się z naszego małego mieszkania w Kielcach, płakałam przez tydzień. Ale byłam też dumna — miałam nadzieję, że nauczyłam go samodzielności i szacunku do innych. Teraz patrzyłam na niego — dorosłego mężczyznę, który traktuje mnie jak powietrze.

— Michał, może pójdziemy dziś razem na spacer? — zaproponowałam nieśmiało, wycierając ręce w kuchenny ręcznik.

— Mamo, nie mam czasu. Muszę skończyć projekt do pracy. Może jutro? — odpowiedział bez odrywania wzroku od laptopa.

Jutro. Zawsze jutro. Każda moja propozycja kończyła się tym samym słowem. Czułam się coraz bardziej zbędna. Nawet wieczorem, kiedy próbowałam porozmawiać z nim przy kolacji, był nieobecny — odpowiadał półsłówkami, przeglądając telefon.

W nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam na niewygodnej kanapie w jego salonie i słuchałam odgłosów miasta za oknem. Przypomniały mi się czasy, kiedy Michał był mały i przychodził do mojego łóżka po koszmarnym śnie. Wtedy byłam dla niego całym światem. Teraz miałam wrażenie, że jestem tylko przeszkodą.

Następnego dnia rano obudziłam się wcześnie i postanowiłam zrobić mu niespodziankę — upiekłam jego ulubione drożdżówki z serem. Kiedy wszedł do kuchni, nawet nie spojrzał na stół.

— Mamo, gdzie są moje czyste koszule? — zapytał zniecierpliwiony.

— W szafie, poskładałam je wczoraj — odpowiedziałam cicho.

— Dzięki — rzucił przez ramię i zamknął się w łazience.

Usiadłam przy stole i patrzyłam na parujące drożdżówki. Łzy same napłynęły mi do oczu. Czy naprawdę tak wygląda dorosłość? Czy wychowując dziecko na samodzielnego człowieka, muszę pogodzić się z tym, że przestaję być dla niego ważna?

Po południu zadzwoniła moja siostra, Basia.

— I jak tam u Michała? Odpoczywasz chociaż trochę? — zapytała z troską.

— Odpoczywam… chyba tylko od własnego domu — odpowiedziałam gorzko. — Basia, ja tu tylko sprzątam i gotuję. On nawet nie zauważa mojej obecności.

— Może musisz mu powiedzieć, jak się czujesz? — zasugerowała.

— Nie chcę robić mu wyrzutów… — westchnęłam.

Wieczorem zebrałam się na odwagę. Michał siedział przy komputerze ze słuchawkami na uszach.

— Michał, możemy porozmawiać? — zapytałam cicho.

Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.

— O co chodzi?

— Wiesz… Przyjechałam tu nie tylko po to, żeby ci pomagać w domu. Chciałam spędzić z tobą trochę czasu. Porozmawiać. Po prostu być razem…

Wzruszył ramionami.

— Mamo, przecież jesteś tutaj. Ale ja mam teraz dużo pracy. Wiesz, jak jest.

Poczułam się jeszcze gorzej niż wcześniej. Wyszłam na balkon i długo patrzyłam na rozświetlone miasto. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ktoś zapytał mnie, czego ja potrzebuję. Czy to naprawdę tak wygląda życie matki dorosłego syna?

Następnego dnia postanowiłam wyjść sama na spacer po mieście. Przechadzałam się ulicami Warszawy, patrząc na ludzi spieszących się do pracy, rodziny z dziećmi w parkach. Poczułam się zupełnie obca w tym wielkim mieście i jeszcze bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.

Wieczorem spakowałam swoje rzeczy. Michał nawet nie zauważył mojego smutku.

— Wyjeżdżasz już? — zapytał zdziwiony.

— Tak, wracam jutro rano do Kielc — odpowiedziałam spokojnie.

— No dobrze… Dzięki za wszystko — rzucił szybko i wrócił do komputera.

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym wszystkim: o latach poświęceń, o samotnych wieczorach spędzonych na szyciu ubranek dla Michała, o bajkach czytanych przed snem i o tym jednym uśmiechu, który kiedyś wystarczał mi za cały świat.

Czy naprawdę tak musi być? Czy każda matka musi przeżyć ten moment rozczarowania? Czy miłość matki jest czymś oczywistym i niewidzialnym — jak powietrze?

Może powinnam nauczyć się żyć dla siebie? Może czas przestać czekać na wdzięczność i zacząć szukać szczęścia gdzie indziej?

A wy… Czy też mieliście kiedyś poczucie bycia niewidzialnym dla najbliższych? Jak sobie z tym radzicie?