Obietnica, która złamała moje życie: Historia Pawła i jego siostry
– Paweł, obiecaj mi… Obiecaj, że zaopiekujesz się Martą – głos mamy był słaby, ledwo słyszalny. Siedziałem przy jej łóżku w szpitalu w Krakowie, ściskając jej wychudzoną dłoń. Marta spała na krześle obok, jej głowa opadła na ramię. Miała wtedy dwadzieścia dwa lata, ale przez swoje porażenie mózgowe była jak dziecko. – Obiecuję, mamo – wyszeptałem, choć w gardle miałem gulę strachu. Mama uśmiechnęła się lekko i zamknęła oczy. To była ostatnia rzecz, jaką mi powiedziała.
Pogrzeb był cichy. Ojciec odszedł od nas lata temu, a rodzina z dalszych stron przyjechała tylko na chwilę. Zostałem sam z Martą i domem na obrzeżach miasta – starym, skrzypiącym budynkiem pełnym wspomnień i niedokończonych rozmów. Przez pierwsze tygodnie żyliśmy jak w zawieszeniu. Marta płakała nocami, a ja próbowałem być silny. Pracowałem zdalnie jako grafik komputerowy, ale coraz trudniej było mi pogodzić opiekę nad nią z obowiązkami zawodowymi.
Pewnego dnia zadzwoniła ciotka Zofia. – Paweł, nie możesz tak żyć! Oddaj Martę do ośrodka, przecież jesteś młody! – krzyczała przez telefon. – Mama by tego nie chciała – odpowiedziałem cicho. – A dom? Co z domem? Przecież to majątek rodzinny! – dopytywała. Wiedziałem, że chodzi jej o spadek. Mama zapisała dom mnie pod warunkiem opieki nad Martą. Ciotka nigdy tego nie zaakceptowała.
Z czasem zaczęły się problemy. Marta miała ataki paniki, czasem wpadała w histerię i rzucała przedmiotami. Sąsiedzi zaczęli się skarżyć na hałas. Przestałem zapraszać znajomych, bo bałem się ich reakcji. Czułem się coraz bardziej samotny. Wieczorami siedziałem w kuchni i patrzyłem na stare zdjęcia – mama z Martą na kolanach, ja z ojcem na rowerze przed domem. Wszystko wydawało się takie odległe.
Pewnej nocy Marta dostała silnego ataku epilepsji. Wezwałem karetkę. W szpitalu lekarz spojrzał na mnie z wyrzutem: – Pan nie może być z tym sam. To za dużo dla jednej osoby. Proszę pomyśleć o specjalistycznej opiece.
Wróciliśmy do domu. Marta była osłabiona, a ja czułem się jak wrak człowieka. Przestałem spać po nocach, bałem się każdego dźwięku. Ciotka Zofia zaczęła rozpowiadać po rodzinie, że wykorzystuję Martę dla pieniędzy i domu. Kuzynka Ania napisała mi wiadomość: „Nie masz prawa trzymać jej tylko dla siebie! To egoistyczne!”
Zacząłem wątpić w siebie. Czy naprawdę robię to dla Marty? Czy może dla domu? Przecież mogłem wyjechać za granicę, zacząć nowe życie… Ale obietnica złożona mamie nie dawała mi spokoju.
Któregoś dnia Marta rozbiła ulubiony wazon mamy. Krzyczałem na nią pierwszy raz w życiu: – Czy ty nie możesz choć raz uważać?! – Marta patrzyła na mnie wielkimi oczami pełnymi łez i powtarzała tylko: – Przepraszam… przepraszam…
Po tej kłótni długo nie mogłem sobie wybaczyć. Zrozumiałem, że staję się kimś innym – zgorzkniałym, zmęczonym człowiekiem bez przyszłości. Dom stał się więzieniem, a Marta – ciężarem, choć tak bardzo ją kochałem.
W końcu podjąłem decyzję: zgłosiłem się do ośrodka wsparcia dla rodzin osób niepełnosprawnych. Dostałem pomoc psychologiczną i kilka godzin opieki dziennie dla Marty. To trochę ulżyło mojej codzienności, ale relacje z rodziną już nigdy nie wróciły do normy.
Minęły trzy lata od śmierci mamy. Siedzę teraz sam w kuchni tego wielkiego domu. Marta śpi spokojnie w swoim pokoju po drugiej stronie korytarza. Czasem myślę o tym wszystkim, co straciłem: przyjaciół, szansę na własną rodzinę, marzenia o podróżach i wolności.
Czy dom był tego wart? Czy obietnica dana umierającej matce powinna przekreślić całe moje życie? Czy można być szczęśliwym, jeśli wszystko wokół przypomina o poświęceniu i stracie?
Może ktoś z was zna odpowiedź…