Nie Twój, ale Proszę, Zadbaj o Niego – Historia Kasi z Warszawy

Już miałam przekręcić klucz w zamku, kiedy usłyszałam za sobą ciche, niepewne kroki. Zadrżałam. Warszawa po zmroku potrafi być nieprzewidywalna, a ja byłam wykończona – marzyłam tylko o kolacji z Michałem i gorącej kąpieli. Odwróciłam się powoli, ściskając klucze w dłoni jak broń. W półmroku zobaczyłam chłopca. Mógł mieć może dziewięć, dziesięć lat. Stał przy ścianie, skulony, z plecakiem większym od siebie.

– Przepraszam… – wyszeptał. – Czy mogę… czy mogę wejść do środka? Jest zimno.

Zawahałam się. W głowie kłębiły mi się myśli: „Co on tu robi? Gdzie są jego rodzice? Czy to jakaś pułapka?” Ale jego oczy… były tak przerażone i smutne, że nie potrafiłam go zignorować.

– Gdzie mieszkasz? – zapytałam ostrożnie.

– Nigdzie… – odpowiedział cicho. – Mama powiedziała, żebym tu poczekał. Ale nie wróciła.

Serce mi zamarło. Przypomniałam sobie własne dzieciństwo w małym miasteczku pod Radomiem, kiedy mama czasem znikała na kilka godzin, a ja siedziałam na schodach i czekałam. Ale zawsze wracała.

– Jak masz na imię?

– Bartek.

Zebrałam się w sobie. Otworzyłam drzwi do klatki i wpuściłam go do środka. Pachniał kurzem i zimnem. Michał pewnie by się wściekł, gdyby wiedział, że wpuściłam obcego dzieciaka do bloku. Ale nie mogłam inaczej.

– Chodź ze mną na górę. Dam ci coś ciepłego do picia.

W windzie Bartek patrzył na mnie z nieufnością, ale też z nadzieją. Czułam, jak narasta we mnie niepokój – co ja właściwie robię? Przecież nie znam tego dziecka! Może to wszystko jakiś podstęp?

W mieszkaniu zapaliłam światło i postawiłam czajnik. Bartek usiadł na brzegu kanapy, ściskając plecak.

– Chcesz herbaty?

Kiwnął głową.

– Gdzie jest twoja mama?

Wzruszył ramionami i spuścił wzrok.

– Powiedziała, że musi coś załatwić. Że wróci… Ale minęły już dwie godziny.

Zadzwoniłam do Michała.

– Kochanie, mam nietypową sytuację… – zaczęłam niepewnie.

– Co się stało? – jego głos był zmęczony i zirytowany.

– Znalazłam chłopca na klatce. Mówi, że czeka na mamę, ale ona nie wraca…

– Kasiu! Przecież nie możesz tak po prostu wpuszczać obcych do domu! Zwariowałaś?

– Michał, on jest dzieckiem! Jest przerażony i sam!

– Zadzwoń na policję. Nie możemy brać za niego odpowiedzialności!

Rozłączył się bez słowa pożegnania. Poczułam łzy pod powiekami – zawsze byłam tą „miłą”, tą „rozsądną”. A teraz miałam wrażenie, że robię coś szalonego.

Bartek pił herbatę powoli, jakby bał się, że zaraz mu ją odbiorę.

– Chcesz coś zjeść?

Skinął głową. Zrobiłam mu kanapki z serem i ogórkiem – takie same robiła mi mama, kiedy byłam mała. Patrzyłam, jak je łapczywie, i czułam narastający gniew na świat. Jak można zostawić dziecko samo w zimnym mieście?

Po godzinie zadzwonił domofon. Michał wrócił wcześniej niż zwykle. Wszedł do mieszkania i od razu zobaczył Bartka.

– Kasiu… co ty wyprawiasz?

– On nie ma gdzie pójść! Jego mama nie wróciła!

Michał spojrzał na mnie z wyrzutem.

– To nie nasza sprawa! Nie możemy brać na siebie cudzych problemów!

Bartek skulił się jeszcze bardziej.

– Proszę pana… ja tylko chciałem poczekać…

Michał westchnął ciężko i usiadł przy stole.

– Dzwoniłaś na policję?

Pokręciłam głową.

– Jeszcze nie…

Przez chwilę panowała cisza. Słychać było tylko tykanie zegara i cichy szloch Bartka.

– Kasiu… musimy to zgłosić. Nie możemy go tu zostawić na noc.

Poczułam bunt – jak można być tak zimnym? Ale wiedziałam, że Michał ma rację. Zadzwoniłam na policję. Przyjechali po pół godzinie – dwóch młodych funkcjonariuszy w granatowych mundurach.

– To państwo znaleźli chłopca? – zapytał jeden z nich.

Skinęłam głową i opowiedziałam wszystko od początku.

Bartek patrzył na mnie błagalnie.

– Proszę pani… niech mnie pani nie oddaje…

Serce mi pękło. Policjant był uprzejmy, ale stanowczy.

– Musimy zabrać chłopca na komisariat. Spróbujemy znaleźć jego matkę albo rodzinę zastępczą.

Bartek zaczął płakać. Przytuliłam go mocno, choć wiedziałam, że to niczego nie zmieni.

Kiedy drzwi zamknęły się za policjantami, Michał spojrzał na mnie z ulgą.

– Dobrze zrobiłaś. Ale następnym razem… pomyśl o nas.

Nie odpowiedziałam. Całą noc nie mogłam zasnąć. W głowie słyszałam tylko cichy głos Bartka: „Niech mnie pani nie oddaje…”

Następnego dnia zadzwoniłam na komisariat. Powiedzieli mi tylko tyle, że matki Bartka nadal nie znaleziono, a chłopiec trafił do pogotowia opiekuńczego. Przez kolejne dni nie mogłam przestać o nim myśleć. Michał unikał rozmów na ten temat – dla niego sprawa była zamknięta.

Ale dla mnie nie była. Zaczęłam szukać informacji o rodzinach zastępczych, o tym jak można pomóc takim dzieciom jak Bartek. Michał coraz częściej wychodził z domu bez słowa – czułam, że oddalamy się od siebie przez tę jedną noc i jedną decyzję.

Któregoś wieczoru wybuchliśmy kłótnią:

– Ty zawsze musisz ratować cały świat! – krzyczał Michał. – A co z nami? Co ze mną?

– A co jeśli to byłoby nasze dziecko? Też byś powiedział: „To nie nasza sprawa”?

Milczał długo, patrząc przez okno na ciemne ulice Warszawy.

Od tej nocy coś się między nami zmieniło. Ja stałam się bardziej zamknięta w sobie, on coraz bardziej obcy. Ale jedno wiem na pewno: czasem los stawia przed nami wybory, które pokazują nam prawdę o nas samych i naszych bliskich.

Czy zrobiłam dobrze? Czy powinnam była bardziej walczyć o Bartka? A może powinnam była posłuchać Michała i zamknąć drzwi przed cudzym nieszczęściem? Czasem myślę: ile takich dzieci przechodzi codziennie obok nas niezauważonych? I czy naprawdę możemy spać spokojnie, wiedząc, że to „nie nasza sprawa”?