Nie spiesz się za mąż, Zuzanna: Ucieczka narzeczonej od toksycznej rodziny narzeczonego

„Zuzanna, pamiętaj, że dziś rano Tomek chce naleśniki!” – usłyszałam przez drzwi głos pani Haliny, matki Tomka. Stałam już w kuchni, mieszając ciasto, a moje dłonie drżały tak mocno, że ledwo mogłam utrzymać miskę. Było jeszcze ciemno, za oknem szarzało się nad Wisłą, a ja czułam się jak więzień w obcym domu.

„Tak, pani Halino, już się robi” – odpowiedziałam cicho, choć w środku miałam ochotę krzyczeć. Od miesięcy mieszkałam z Tomkiem i jego rodziną na warszawskim Żoliborzu, odkąd się zaręczyliśmy. Data ślubu była już ustalona: 12 sierpnia, sobota. Wszyscy mieli być szczęśliwi – wszyscy oprócz mnie.

Rodzina Tomka zawsze wiedziała lepiej. Pani Halina twierdziła, że moja zupa jest za słona, pan Marian uważał, że śmieję się zbyt głośno. Jego siostra, Agata, przy każdej okazji rzucała kąśliwe uwagi: „Prawdziwa polska żona nie zachowuje się w ten sposób”. Z każdym dniem stawałam się coraz mniejsza, coraz cichsza, coraz bardziej niewidzialna.

Tamtego ranka coś we mnie pękło. Patrząc na smażące się naleśniki, przypomniałam sobie słowa mojej mamy: „Zuzia, nigdy nie rezygnuj z siebie dla nikogo!” A ja zrezygnowałam. Porzuciłam marzenia o własnej kawiarni, zostawiłam przyjaciółki i nawet przerwałam studia na ASP dla Tomka.

Tomek wszedł do kuchni. „Kochanie, pamiętasz, że dziś wieczorem przychodzą moi koledzy z pracy? Mama mówiła, żebyś zrobiła ten zapiekany makaron z serem i szynką. I proszę cię, nie zakładaj spodni – tata uważa, że narzeczona powinna nosić sukienkę.”

Skinęłam głową. Nie odpowiedziałam nic. Już nawet nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć.

W ciągu dnia napięcie rosło. Każdy z domowników miał dla mnie polecenia: „Zuzanna, przynieś jeszcze kawy!”, „Zuzanna, nie tak nakrywasz do stołu!”, „Zuzanna, nie mów tyle!”

Wieczorem przyszli koledzy Tomka. Uśmiechałam się i podawałam jedzenie, jakby wszystko było w porządku. Ale w środku byłam już tylko pustą skorupą.

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Wyszłam na balkon i patrzyłam na rozświetlone miasto. Wtedy podjęłam decyzję: odchodzę. Nie wiem dokąd pójdę, ale nie mogę tu zostać.

Nad ranem spakowałam kilka ubrań i najważniejsze rzeczy do plecaka. Przechodziłam cicho przez korytarz, gdy nagle pojawiła się pani Halina.

– Gdzie się wybierasz o tej porze? – zapytała podejrzliwie.

– Odchodzę – wyszeptałam.

– Nie bądź głupia! Kobieta powinna służyć rodzinie! Tomek cię kocha! Zrobiliśmy dla ciebie wszystko!

– Ale ja już siebie nie kocham w tym życiu – odpowiedziałam ledwo słyszalnie.

Twarz pani Haliny stwardniała. – Jeśli teraz wyjdziesz, nigdy tu nie wracaj!

Nie odpowiedziałam. Otworzyłam drzwi i wyszłam na chłodną ulicę.

Na przystanku autobusowym po raz pierwszy od miesięcy poczułam się wolna. Telefon dzwonił – to Tomek – ale nie odebrałam. Wiedziałam, że po raz pierwszy wybieram siebie.

Pojechałam do mamy na wieś pod Radomiem. Gdy zobaczyła mnie w drzwiach, tylko powiedziała: „W końcu wróciłaś do domu.” Obie płakałyśmy.

Pierwsze tygodnie były trudne. Tomek próbował się ze mną kontaktować: „Jak mogłaś nam to zrobić? Jesteś samolubna!” Ale ja już nie chciałam patrzeć za siebie.

Przy mamie powoli odzyskiwałam siebie. Wróciłam na studia, zaczęłam pracować w małej kawiarni w Radomiu i poznałam nowych ludzi. Czasem jeszcze słyszę w głowie głos pani Haliny: „Kobieta musi się poświęcać”. Ale już wiem: nikt nie powinien żyć życiem wybranym przez innych.

Dziś siedzę w swoim dawnym pokoju i myślę: ile kobiet nadal żyje w cieniu cudzych oczekiwań? Ile z nas boi się wybrać siebie?

A Ty? Znasz kogoś takiego? Albo sama byłaś w podobnej sytuacji? Kiedy wreszcie będziemy miały odwagę być sobą?