Miłość w każdym oczku: Historia o skarpetkach, które stały się powodem rodzinnej burzy

— No i co ci nie pasuje w tych skarpetkach? Cieplutkie, starannie zrobione, kolor taki delikatny, przytulny. Jesień za pasem, chłody nadchodzą, idealny czas na nie — zapytałam Kasi, trzymając w dłoniach parę wełnianych skarpet, które właśnie mi wręczyła. — No ale wzór jakiś staroświecki — machnęła ręką Kasia, poprawiając włosy. — Mam syna, on nie lubi takich rzeczy. Woli te z marketu, z Batmanem albo innym bohaterem.

Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Przecież siedziałam nad tymi skarpetkami wieczorami, oczko po oczku, myśląc o moim wnuku Antosiu. Wyobrażałam sobie, jak biega po parku w tych ciepłych skarpetkach, jak śmieje się i woła do mnie: „Babciu, zobacz jakie fajne!”.

— Kasiu, ale przecież to ja robiłam dla niego…

— Wiem, wiem, ale dzieci teraz mają inne gusta. I tak już oddałam kilka par sąsiadce. Ona ma bliźniaki, mówiła, że się przydadzą.

Zatkało mnie. Oddała? Moje skarpetki? Te, które robiłam z myślą o własnym wnuku? Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa. W głowie kłębiły mi się wspomnienia: jak uczyłam się robić na drutach od mojej mamy, jak każda para była inna, bo każda była robiona z inną myślą i troską.

— Kasiu… — zaczęłam cicho. — Czy ty naprawdę nie widzisz w tym nic złego?

Wzruszyła ramionami. — Przecież to tylko skarpetki. Nie róbmy z tego dramatu.

Ale dla mnie to nie były tylko skarpetki. To był kawałek mojego serca. Każde oczko to była myśl o Antosiu: żeby mu było ciepło, żeby czuł się kochany. Przez chwilę miałam ochotę wyjść i już nigdy tu nie wracać.

Wróciłam do domu z ciężkim sercem. Usiadłam na kanapie i patrzyłam na swoje dłonie. Ile razy te dłonie szyły, gotowały, tuliły dzieci? Ile razy robiły coś z miłością? A teraz ktoś mówi mi prosto w twarz, że to nic nie znaczy.

Wieczorem zadzwonił do mnie syn, Tomek.

— Mamo, Kasia mówiła, że byłaś dziś trochę smutna. Co się stało?

— Nic takiego — odpowiedziałam szybko. — Po prostu… chyba się starzeję.

— Mamo…

Chciałam mu powiedzieć wszystko: jak bardzo boli mnie to niezrozumienie, jak bardzo chciałabym być potrzebna. Ale nie umiałam. Bałam się, że powie mi to samo co Kasia: „Nie róbmy z tego dramatu”.

Następnego dnia poszłam na spacer do parku. Spotkałam tam sąsiadkę Kasi. Jej bliźniaki biegały w moich skarpetkach.

— Pani Mario! Jakie one są cieplutkie! Dziękujemy!

Uśmiechnęłam się blado. Czy to źle, że komuś innemu sprawiłam radość? Może powinnam się cieszyć?

Ale wieczorem znów usiadłam z drutami w rękach i nie mogłam zacząć nowej pary. Po co? Dla kogo? Czy ktoś jeszcze doceni moją pracę?

Kilka dni później Tomek przyszedł do mnie sam.

— Mamo, powiedz szczerze: o co chodzi?

Spojrzałam mu w oczy i zobaczyłam w nich troskę. Może jednak nie wszystko stracone?

— Tomku… Ja po prostu chciałam zrobić coś dla Antosia. Chciałam być częścią waszego życia. A teraz czuję się jak ktoś obcy.

Tomek usiadł obok mnie i objął mnie ramieniem.

— Mamo, wiem, że ci zależy. Ale Kasia… ona czasem nie rozumie takich rzeczy. Dla niej liczy się praktyczność.

— A dla mnie liczy się serce — powiedziałam cicho.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu.

— Wiesz co? — powiedział nagle Tomek. — Może spróbujemy inaczej? Zrób coś razem z Antosiem. Naucz go robić na drutach. Może wtedy zrozumie.

Poczułam łzę spływającą po policzku. Czy to możliwe? Czy jeszcze mogę być potrzebna?

Kilka dni później przyszli do mnie wszyscy: Tomek, Kasia i Antoś. Kasia była trochę spięta, ale Antoś od razu podbiegł do mnie.

— Babciu! Zrobisz mi czapkę do kompletu?

Uśmiechnęłam się szeroko.

— Zrobię ci czapkę i szalik! Ale pod jednym warunkiem: pomożesz mi!

Antoś aż podskoczył z radości.

Kasia patrzyła na nas z boku. Widziałam w jej oczach cień zrozumienia… albo może po prostu ulgę, że nie muszę już robić tych „staromodnych” rzeczy sama.

Wieczorem siedzieliśmy razem przy stole: ja uczyłam Antosia nabierać oczka na druty, Tomek śmiał się z naszych próbnych szalików dla misiów, a Kasia… Kasia patrzyła i milczała.

Może nie wszystko stracone? Może czasem trzeba po prostu powiedzieć głośno o swoich uczuciach? Czy naprawdę tak trudno jest docenić czyjąś miłość ukrytą w drobiazgach?

Czasem zastanawiam się: czy dzisiaj jeszcze ktoś potrafi dostrzec wartość w prostych rzeczach? Czy moje skarpetki były tylko skarpetkami… czy może jednak czymś więcej?