Między miłością a bezsilnością: Opowieść o opiece nad starzejącymi się rodzicami
— Mamo, proszę, nie wychodź sama na balkon! — krzyknęłam, widząc jak jej drobna sylwetka chwieje się przy drzwiach. Zatrzymała się, spojrzała na mnie z wyrzutem, jakbym odebrała jej ostatnią resztkę godności. — Przecież nic mi nie będzie, Aniu — odpowiedziała cicho, z tą nutą uporu, którą pamiętam z dzieciństwa.
To był jeden z tych dni, kiedy miałam ochotę po prostu wyjść i nigdy nie wracać. Ale nie mogłam. Od pół roku mieszkam z rodzicami w ich starym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Tata po udarze nie wstaje już z łóżka, mama coraz częściej zapomina, gdzie jest i co robiła przed chwilą. Ja — trzydziestosiedmioletnia kobieta z własnym życiem, pracą i marzeniami — nagle stałam się ich opiekunką. Nie byłam na to gotowa. Nikt nie jest.
Wieczorem siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na stertę leków i rachunków. Telefon dzwonił nieustannie — szef pytał o raporty, koleżanka zapraszała na kawę, a ja czułam się jak w pułapce. — Aniu, musisz trochę odpocząć — mówiła mi sąsiadka pani Zofia, gdy spotkałyśmy się na klatce schodowej. — Wiem, że to trudne…
Trudne? To słowo nie oddaje nawet połowy tego, co czuję. Każdy dzień to walka z własną bezsilnością i poczuciem winy. Kiedy podaję tacie śniadanie i widzę jego drżące ręce, przypominam sobie, jak kiedyś uczył mnie jeździć na rowerze. Teraz ja muszę go karmić. Mama pyta mnie po raz dziesiąty tego dnia, gdzie jest jej siostra, która nie żyje od pięciu lat. Czasem mam ochotę krzyczeć: „Dlaczego ja?!”
Brat mieszka w Gdańsku. Dzwoni raz w tygodniu, pyta jak sobie radzę i obiecuje przyjechać „wkrótce”. Ale „wkrótce” nigdy nie nadchodzi. — Wiesz, Aniu, mam teraz trudny okres w pracy… — tłumaczy się przez telefon. — Może zatrudnijcie opiekunkę?
Opiekunkę? Za co? Emerytury rodziców ledwo starczają na leki i czynsz. Ja sama ledwo wiążę koniec z końcem, pracując zdalnie między jednym podaniem insuliny a drugim telefonem do lekarza.
Pewnego wieczoru mama upadła w łazience. Usłyszałam huk i jej cichy płacz. Serce mi stanęło. Pomogłam jej wstać, przytuliłam ją mocno. — Przepraszam, córeczko… — wyszeptała. Poczułam łzy napływające do oczu. Czy ona przeprasza za to, że się starzeje? Za to, że już nie jest tą silną kobietą, którą pamiętam?
Zaczęłam mieć koszmary. Śniło mi się, że rodzice znikają, a ja zostaję sama w pustym mieszkaniu pełnym wspomnień. Budziłam się zlana potem i przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem.
Czasem próbuję rozmawiać z tatą o tym wszystkim. — Tato, boisz się? — pytam cicho wieczorem, kiedy siedzę przy jego łóżku.
— Każdy się boi starości, Aniu — odpowiada powoli. — Ale najbardziej boję się być ciężarem dla ciebie.
Nie wiem, co powiedzieć. Przecież kocham ich oboje ponad wszystko. Ale czasem ta miłość boli tak bardzo, że mam ochotę uciec.
W niedzielę odwiedziła nas ciotka Basia. Przyniosła ciasto i dobre rady: — Musicie być silni! Trzeba myśleć pozytywnie! — mówiła z uśmiechem. Patrzyłam na nią i miałam ochotę wybuchnąć śmiechem albo płaczem.
Wieczorami siadam przy oknie i patrzę na światła miasta. Marzę o tym, żeby choć przez jeden dzień nie musieć się martwić: czy mama nie wyjdzie sama na ulicę? Czy tata przeżyje kolejną noc? Czy ja dam radę?
Zaczęłam pisać dziennik. Wylewam tam wszystkie swoje lęki i frustracje. Czasem piszę listy do brata, których nigdy nie wysyłam:
„Drogi Piotrze,
Nie masz pojęcia, jak to jest patrzeć na powolne gaśnięcie własnych rodziców…”
Czasem mam wyrzuty sumienia, że czuję złość na nich za to, że są chorzy. Że zabierają mi życie. Ale potem przypominam sobie wszystkie chwile z dzieciństwa: wspólne wakacje nad morzem, wieczory przy grach planszowych…
Pewnego dnia mama zapytała mnie: — Aniu, czy ty jesteś szczęśliwa?
Zaniemówiłam. Jak odpowiedzieć matce, która coraz bardziej znika w swoim świecie?
— Staram się być… dla was — odpowiedziałam w końcu.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Czy naprawdę żyję tylko dla nich? Co będzie ze mną za kilka lat? Czy ktoś kiedyś zaopiekuje się mną?
Ostatnio coraz częściej myślę o tym, żeby poprosić o pomoc psychologa albo grupę wsparcia dla opiekunów osób starszych. Ale wstydzę się przyznać do słabości.
Dziś rano mama znów próbowała wyjść na balkon bez mojej pomocy. Znowu krzyknęłam i znowu zobaczyłam w jej oczach ten sam smutek i bunt.
Czasem zastanawiam się: czy można kochać kogoś tak bardzo i jednocześnie mieć do niego żal? Czy jestem złą córką, bo czasem marzę o wolności?
Może inni też tak mają? Może nikt nie jest gotowy na to, by zamienić się rolami ze swoimi rodzicami?
A może to właśnie jest prawdziwa próba miłości – kochać nawet wtedy, gdy boli najbardziej?