Między czterema ścianami: Życie z rodziną męża po śmierci teściowej
– Majka, pamiętaj, życie z rodziną męża to nie bajka – powtarzała mi mama, kiedy pakowałam walizki do nowego domu. Wtedy tylko się uśmiechałam, przekonana, że przesadza. Przecież Gabriela, moja teściowa, była dla mnie jak druga matka. To ona pierwsza podała mi rękę, kiedy czułam się obco wśród ludzi, których nie znałam. To ona tłumaczyła mi zwyczaje tej rodziny, pokazywała, jak gotować rosół tak, żeby smakował jak u nich od pokoleń. To ona broniła mnie przed kąśliwymi uwagami szwagra Pawła i łagodziła humory mojego męża, Michała.
Wszystko zmieniło się w jeden zimowy wieczór. Gabriela zmarła nagle na zawał. Pamiętam ten wieczór jak przez mgłę – krzyk teścia, płacz Pawła, cisza Michała. Ja stałam w kuchni, trzymając się blatu, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to był początek końca mojego spokoju.
Pierwsze tygodnie po pogrzebie były jak życie na autopilocie. Każdy z nas zamknął się w swoim bólu. Teść przestał rozmawiać ze mną prawie całkowicie. Paweł wracał późno, często pijany, rzucając pod nosem złośliwości. Michał zaczął spędzać coraz więcej czasu poza domem – tłumaczył się pracą, ale czułam, że ucieka przed odpowiedzialnością za rodzinę.
Zostałam sama z domem, obiadem i praniem dla czterech dorosłych ludzi. Każdego dnia czułam coraz większy ciężar na plecach. Kiedyś Gabriela pomagała mi we wszystkim – teraz wszystko było na mojej głowie. Pewnego dnia, kiedy próbowałam wyprasować koszule Michała i Pawła, usłyszałam za plecami głos teścia:
– Nie tak to robiła Gabriela. Ty nawet prasować nie potrafisz.
Zacisnęłam zęby. Chciałam odpowiedzieć, ale połknęłam słowa razem ze łzami. Wiedziałam, że nie mogę się sprzeciwić – nie tutaj, nie teraz.
Wieczorami dzwoniłam do mamy i płakałam w słuchawkę. – Mówiłam ci, dziecko – powtarzała spokojnie. – Ale teraz musisz być silna. Nie daj się zgnieść.
Próbowałam rozmawiać z Michałem. – Kochanie, nie mogę wszystkiego robić sama – mówiłam cicho, kiedy wracał późno do domu.
– Przesadzasz – odpowiadał zmęczonym głosem. – Wszyscy przeżywamy żałobę.
Ale ja czułam się coraz bardziej niewidzialna. Zaczęły się drobne konflikty: Paweł narzekał na jedzenie, teść na porządek w domu. Kiedy raz zapomniałam kupić jego ulubionej herbaty, rzucił kubkiem o ścianę.
– Gdyby Gabriela żyła… – zaczął.
– Ale jej nie ma! – wykrzyknęłam pierwszy raz od miesięcy. – I nikt jej nie zastąpi!
W domu zapadła cisza. Michał spojrzał na mnie z wyrzutem, Paweł wyszedł trzaskając drzwiami. Teść patrzył na mnie tak, jakby zobaczył obcą osobę.
Od tego dnia było tylko gorzej. Zaczęli mnie traktować jak służącą. Nikt nie pytał, jak się czuję. Nikt nie dziękował za obiad czy czyste ubrania. Czułam się jak cień we własnym domu.
Pewnej nocy usłyszałam rozmowę Michała z Pawłem:
– Po co ona tu jeszcze jest? – zapytał Paweł szeptem.
– To moja żona – odpowiedział Michał bez przekonania.
– Ale nie nasza matka ani gospodyni.
Leżałam w łóżku i płakałam w poduszkę. Zaczęłam myśleć o wyprowadzce. O tym, żeby wrócić do mamy i zacząć wszystko od nowa. Ale bałam się przyznać do porażki.
Minął rok od śmierci Gabrieli. Wciąż mieszkam pod jednym dachem z teściem i szwagrem. Michał jest coraz bardziej obcy – jakbyśmy byli tylko współlokatorami. Czasem patrzę na siebie w lustrze i nie poznaję tej kobiety: zmęczonej, przygarbionej, bez uśmiechu.
Ostatnio mama zapytała mnie przez telefon:
– Czy jesteś szczęśliwa?
Nie umiałam odpowiedzieć.
Często wracam myślami do słów mamy: „Życie z rodziną męża to nie bajka”. Może powinnam była jej posłuchać? Może powinnam była walczyć o swoje szczęście inaczej? Czy można jeszcze odzyskać siebie w miejscu, gdzie codziennie tracisz kawałek własnej duszy?
Czy naprawdę dom to tylko cztery ściany? A może dom to miejsce, gdzie ktoś cię widzi i słyszy? Co byście zrobili na moim miejscu?