„Mateusz, będziesz miał dom. Ale proszę, zaopiekuj się swoją chorą siostrą” – historia rodzinna, która zmieniła moje życie
– Mateusz… – głos mamy był ledwo słyszalny, jakby każdy wydech kosztował ją resztki sił. – Posłuchaj mnie… Proszę cię…
Siedziałem przy jej łóżku w szpitalu na Banacha, ściskając jej wychudzoną dłoń. Jeszcze rok temu była pełna życia, śmiała się głośno, gotowała najlepsze pierogi w okolicy. Teraz patrzyłem na cień tej kobiety – mojej mamy. W pokoju pachniało lekami i strachem.
– Mateusz… będziesz miał dom. Ale proszę… zaopiekuj się swoją siostrą. Ona… ona nie jest jak inni…
Spojrzałem na nią przez łzy. Wiedziałem, o co chodzi. Ola, moja młodsza siostra, od urodzenia miała dziecięce porażenie mózgowe. Miała 14 lat, ale umysłowo była jak kilkuletnie dziecko. Potrzebowała opieki przy wszystkim – od jedzenia po mycie zębów. Mama zawsze powtarzała, że Ola to nasz skarb, choć czasem miałem wrażenie, że to raczej ciężar.
– Mamo… – zacząłem, ale przerwała mi cichym kaszlem.
– Obiecaj mi…
Nie mogłem jej odmówić. Nawet jeśli w środku czułem bunt i strach.
– Obiecuję.
Tego samego wieczoru mama zmarła. Tata odszedł od nas, gdy Ola miała dwa lata. Zostaliśmy sami – ja i Ola. Miałem 19 lat, właśnie skończyłem liceum i marzyłem o studiach na Politechnice Warszawskiej. Teraz moje plany rozsypały się jak domek z kart.
Pierwsze tygodnie po pogrzebie były jak sen na jawie. Sąsiadki przynosiły zupę i ciasto, ciotka Basia dzwoniła codziennie z Radomia, pytając czy sobie radzę. Ale nikt nie chciał zabrać Oli do siebie. Każdy miał swoje życie, swoje dzieci, swoje problemy.
Pewnego dnia usłyszałem rozmowę ciotki Basi z babcią przez telefon:
– Basia, przecież Mateusz jest jeszcze dzieckiem! Jak on sobie poradzi?
– A co mamy zrobić? Do domu dziecka ją oddać? Przecież to by matkę z grobu wyciągnęło!
Wtedy poczułem pierwszy raz prawdziwą złość. Dlaczego wszystko spadło na mnie? Dlaczego nikt nie pyta, czego ja chcę?
Ola siedziała w swoim pokoju i układała puzzle z Kubusiem Puchatkiem. Gdy wszedłem, spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.
– Mateusz… mama wróci?
Zacisnąłem zęby.
– Nie wróci, Ola. Ale ja tu jestem.
Przytuliła się do mnie mocno. Poczułem ciężar tej obietnicy.
Zacząłem szukać pracy – najpierw na pół etatu w sklepie spożywczym, potem dorabiałem jako kurier rowerowy po Warszawie. Każda złotówka była na wagę złota. Ola wymagała rehabilitacji, leków, specjalnej diety. Zasiłek pielęgnacyjny ledwo starczał na rachunki.
Często nie spałem po nocach. Siedziałem przy oknie i patrzyłem na światła miasta. Marzyłem o innym życiu – o studiach, podróżach, miłości. Ale rano budził mnie płacz Oli albo jej krzyk przez sen.
Pewnego dnia przyszedł do nas pracownik socjalny z MOPS-u.
– Panie Mateuszu, czy pan wie, że może pan oddać siostrę do specjalistycznego ośrodka?
Patrzyłem na niego jak na potwora.
– Mama by tego nie chciała.
– Ale pan też ma prawo do życia – odpowiedział spokojnie.
Wyszedł zostawiając ulotki i numer telefonu. Przez kilka dni chodziłem jak struty. Czy naprawdę mam prawo myśleć o sobie? Czy jestem egoistą?
Wkrótce zaczęły się problemy z sąsiadami. Ola czasem krzyczała w nocy albo rzucała zabawkami o ścianę. Pani Zofia z dołu przyszła kiedyś z pretensjami:
– Panie Mateuszu, ile można to znosić? Ludzie tu chcą spać!
Przepraszałem ją ze łzami w oczach. Czułem się coraz bardziej samotny i bezradny.
Najgorsze przyszło zimą. Zachorowałem na grypę i przez tydzień nie mogłem wstać z łóżka. Ola błąkała się po mieszkaniu głodna i przestraszona. Gdy przyszła ciotka Basia i zobaczyła ten bałagan, wybuchła:
– To nie jest życie ani dla ciebie, ani dla niej! Musisz coś zrobić!
Wtedy pierwszy raz pomyślałem poważnie o oddaniu Oli do ośrodka. Przez kilka dni nie mogłem patrzeć jej w oczy.
Któregoś wieczoru usiadłem przy jej łóżku.
– Ola… chciałabyś mieszkać gdzie indziej? Tam będą inne dzieci…
Spojrzała na mnie przestraszona.
– Nie chcę! Chcę być z tobą!
Rozpłakałem się razem z nią.
W końcu znalazłem rozwiązanie – poprosiłem o pomoc fundację zajmującą się rodzinami z niepełnosprawnymi dziećmi. Pomogli mi załatwić asystenta dla Oli na kilka godzin dziennie i wsparcie psychologa dla mnie. Zacząłem powoli wracać do życia – zapisałem się na zaoczne studia i znalazłem lepszą pracę jako informatyk w małej firmie.
Nie było łatwo – codziennie walczyłem ze zmęczeniem, frustracją i poczuciem winy. Ale Ola śmiała się coraz częściej, a ja nauczyłem się cieszyć drobiazgami: wspólnym obiadem, spacerem po parku Skaryszewskim, jej pierwszym samodzielnym rysunkiem.
Czasem jednak wracam myślami do tamtej obietnicy danej mamie i pytam siebie: czy naprawdę można być szczęśliwym, gdy całe życie podporządkowuje się drugiemu człowiekowi? Czy poświęcenie zawsze jest cnotą… czy może czasem jest tylko inną formą ucieczki przed własnymi marzeniami?