Matczyna cisza: Opowieść o mnie, Magdzie, i mojej mamie Halinie. Czy kiedykolwiek będę wystarczająca?

— Znowu to samo, Magda! — głos mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, z rękami mokrymi od wody, patrząc na stertę nieumytych naczyń. — Ile razy mam ci powtarzać, żebyś najpierw sprzątnęła stół, a potem zmywała? — dodała, z tym swoim tonem, który znałam od dziecka.

Miałam trzydzieści pięć lat, własne mieszkanie na warszawskim Ursynowie, męża i syna. A mimo to, w tej chwili czułam się jak ta mała dziewczynka z podstawówki, która przynosiła do domu czwórkę z matematyki i widziała w oczach mamy rozczarowanie. — Przepraszam, mamo — wyszeptałam, choć w środku gotowała się we mnie złość. Zawsze przepraszałam. Zawsze próbowałam być lepsza.

Mój mąż, Tomek, siedział w salonie i udawał, że nie słyszy. Nasz siedmioletni syn Kuba bawił się klockami Lego na dywanie. Mama przyjechała do nas na weekend z Radomia, jak co miesiąc. Zawsze wtedy dom stawał się polem minowym.

— Magda, ty nigdy nie potrafiłaś dobrze gospodarować czasem — westchnęła mama, wycierając ręce w ścierkę. — Jak ty sobie radzisz w pracy?

Zacisnęłam szczęki. Pracowałam jako nauczycielka polskiego w liceum. Uczniowie mnie lubili, dyrektorka chwaliła za kreatywność. Ale dla mamy to nigdy nie było dość. — Radzę sobie — odpowiedziałam cicho.

Wieczorem leżałam w łóżku obok Tomka i patrzyłam w sufit. — Dlaczego ona zawsze musi mnie krytykować? — zapytałam szeptem.

Tomek przewrócił się na bok. — Wiesz, jaka jest twoja mama. Nie przejmuj się.

Ale ja się przejmowałam. Całe życie próbowałam być córką idealną: najlepsze oceny, studia dzienne na UW, ślub w kościele, dziecko przed trzydziestką. A jednak zawsze słyszałam: „Mogłabyś bardziej się postarać”, „Inni mają lepiej”, „Nie rozumiem twoich wyborów”.

Pamiętam dzień mojego ślubu. Mama stała obok mnie w białej sukience i szeptała: — Uważaj na Tomka. Mężczyźni potrafią zawieść.

Wtedy myślałam, że to troska. Dziś wiem, że to był strach przed tym, że nie będę szczęśliwa według jej definicji szczęścia.

Kiedy urodził się Kuba, mama przyjechała do szpitala z garnkiem rosołu i naręczem porad: — Nie noś go tyle na rękach, bo się przyzwyczai. Karm piersią dłużej. Nie pozwalaj Tomkowi kąpać dziecka, bo zrobi krzywdę.

Czułam się jak marionetka w teatrze jej oczekiwań.

W pracy byłam inna. Tam miałam głos, autorytet. Uczniowie pytali mnie o radę, dzielili się problemami. Czułam się potrzebna i doceniana.

Ale w domu… W domu byłam tą samą Magdą co zawsze: nie dość dobrą córką.

Pewnego dnia Kuba wrócił ze szkoły z płaczem. — Mama, dostałem trójkę z matematyki! Babcia powiedziała, że muszę się bardziej starać!

Przytuliłam go mocno. — Kochanie, każdy czasem dostaje gorszą ocenę. Najważniejsze, że próbujesz.

Wtedy dotarło do mnie, że powtarzam schematy mojej mamy. Że jej głos stał się moim wewnętrznym krytykiem.

Wieczorem usiadłam z mamą przy herbacie.

— Mamo… czy ty kiedyś byłaś ze mnie dumna? — zapytałam drżącym głosem.

Spojrzała na mnie zdziwiona.

— Oczywiście, że tak… Ale zawsze chciałam dla ciebie lepiej niż miałam sama.

— Ale ja nie jestem tobą — powiedziałam cicho.

Zapanowała cisza. Najdłuższa w naszym życiu.

Mama spojrzała przez okno na ciemne bloki Ursynowa.

— Może za dużo wymagałam… Ale bałam się o ciebie. Świat jest trudny dla kobiet.

Poczułam łzy pod powiekami.

— Mamo… ja też się boję. Ale chcę być sobą. Chcę być dobrą matką dla Kuby i żoną dla Tomka… Ale przede wszystkim chcę być Magdą.

Mama milczała długo. Potem tylko powiedziała:

— Może powinnam cię częściej słuchać.

To był pierwszy raz, kiedy poczułam, że coś się zmienia.

Dziś wiem, że nie muszę być idealna. Że mogę popełniać błędy i uczyć się na nich. Że mogę kochać siebie taką, jaka jestem.

Ale czasem wciąż słyszę ten głos:

— Czy już jestem wystarczająca? Czy kiedykolwiek będę?

A wy? Jak radzicie sobie z oczekiwaniami swoich bliskich? Czy potraficie być sobą mimo rodzinnych schematów?