List do Nieobecnego Ojca: Moje Życie w Cieniu Alkoholizmu
— Znowu zaczynasz?! — głos mamy drży, ale nie ustępuje. Siedzę skulona na łóżku, przyciskając poduszkę do piersi. Przez cienką ścianę słyszę każde słowo, każde przekleństwo, każdy trzask szklanki o blat. W moim pokoju pachnie kurzem i starymi książkami, ale za drzwiami unosi się zapach wódki i rozpaczy.
Mam na imię Zuzanna. Mam szesnaście lat i od zawsze żyję w cieniu ojca. Nie tego, który kiedyś zabierał mnie na rower do lasu i śmiał się z moich żartów. Tego drugiego — wiecznie zmęczonego, rozdrażnionego, z czerwonymi oczami i drżącymi dłońmi. Tego, który coraz częściej wraca do domu późno, a kiedy już przyjdzie, to lepiej zejść mu z drogi.
— Zuzka, nie wychodź teraz z pokoju — mama szepcze przez drzwi. — Proszę cię.
Nie musisz mi tego mówić, mamo. Już dawno nauczyłam się, kiedy trzeba być cicho. Kiedy trzeba udawać, że nie słyszę, nie widzę, nie czuję. Ale dziś nie potrafię już dłużej milczeć. Dziś muszę napisać ten list — do szkoły, do siebie, do świata. Może ktoś go przeczyta i zrozumie, jak to jest żyć z kimś, kogo kochasz i boisz się jednocześnie.
Pamiętam jeszcze czasy, kiedy tata był inny. Gdy wracał z pracy zmęczony, ale uśmiechnięty. Gdy razem piekliśmy szarlotkę na niedzielę i śmialiśmy się z mamą z jego nieudolnych prób obierania jabłek. Ale potem coś się zmieniło. Najpierw były tylko piwa po pracy. Potem coraz częściej pojawiały się butelki wódki schowane w szafce pod zlewem.
— To tylko stres — tłumaczyła mama babci przez telefon. — W pracy ciężko, szef go gnębi…
Ale ja widziałam więcej. Widziałam, jak tata zamyka się w łazience na godzinę i wychodzi z przekrwionymi oczami. Jak krzyczy na mnie o byle co: rozlane mleko, niepozmywane naczynia, czwórka z matematyki.
— Ty nic nie rozumiesz! — wrzeszczał ostatnio, gdy zapytałam go, czy pojedziemy razem na rower jak dawniej. — Mam ważniejsze sprawy!
Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwy strach. Nie przed nim — przed tym, co się z nim dzieje. Przed tym, że już nigdy nie wróci ten tata sprzed lat.
W szkole udaję, że wszystko jest w porządku. Uśmiecham się do koleżanek, opowiadam głupie żarty na przerwach. Ale kiedy nauczycielka pyta o rodzinę, czuję gulę w gardle. Kiedy koleżanki opowiadają o wspólnych wyjazdach z rodzicami nad morze, zaciskam pięści pod ławką.
Najgorzej jest wieczorami. Siedzimy z mamą przy kuchennym stole i udajemy, że oglądamy telewizję. Tata śpi na kanapie albo wychodzi „na chwilę” do sklepu po papierosy. Czasem wraca po godzinie, czasem po trzech dniach.
— Musimy coś zrobić — mówi mama cicho pewnego wieczoru. — Nie dam już rady sama.
Patrzę na nią i widzę zmęczenie wypisane na twarzy. Ma trzydzieści osiem lat i wygląda na dziesięć więcej. Chciałabym ją przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale nie potrafię kłamać.
— Może powinniśmy porozmawiać z kimś… — zaczynam niepewnie.
Mama kiwa głową i ociera łzę ukradkiem.
Następnego dnia idziemy razem do szkolnej psycholożki. Siedzę na krześle i dłubię paznokciem w drewnie blatu.
— Zuzanno, możesz mi opowiedzieć o tym, co się dzieje w domu? — pyta cicho pani Anna.
Milczę długo. W końcu zaczynam mówić — najpierw powoli, potem coraz szybciej. O krzykach, o strachu, o tęsknocie za tatą sprzed lat.
— To nie twoja wina — mówi pani Anna stanowczo. — Pamiętaj o tym.
Ale ja ciągle czuję się winna. Może gdybym była lepsza? Może gdybym bardziej się starała?
W domu sytuacja się nie poprawia. Tata coraz częściej znika na całe noce. Mama płacze po cichu w łazience. Ja zamykam się w swoim świecie książek i muzyki.
Pewnego wieczoru wracam ze szkoły i widzę karetkę pod blokiem. Serce wali mi jak młotem.
— Co się stało?!
Mama stoi na klatce schodowej blada jak ściana.
— Tata… zasłabł… zabrali go do szpitala…
W szpitalu lekarz mówi nam wprost:
— Jeśli pański mąż nie przestanie pić, może tego nie przeżyć.
Tata patrzy na mnie spod byka.
— Przestańcie robić ze mnie wariata! Nic mi nie jest!
Ale ja widzę strach w jego oczach.
Po powrocie do domu przez kilka dni jest spokojniej. Tata próbuje udawać normalność: sprząta mieszkanie, gotuje obiad (spalony makaron), nawet pyta mnie o szkołę.
Ale to tylko cisza przed burzą. Po tygodniu znów wraca późno i śmierdzi alkoholem bardziej niż zwykle.
Wtedy podejmujemy decyzję: mama dzwoni po pomoc do ośrodka terapii uzależnień.
Tata wybucha:
— Chcecie mnie zamknąć w psychiatryku?!
— Chcemy ci pomóc! — krzyczy mama przez łzy.
Ja stoję w drzwiach i czuję się jak widz własnego życia. Chciałabym cofnąć czas albo uciec gdzieś daleko.
Tata zgadza się na terapię tylko dlatego, że grozimy mu rozwodem. Przez kilka tygodni mamy nadzieję — ale to złudzenie szybko pryska.
Dziś znów siedzę w swoim pokoju i słyszę jego krzyki za ścianą. Piszę ten list i zastanawiam się: czy można kochać kogoś tak bardzo i jednocześnie tak bardzo się go bać? Czy kiedyś będę umiała mu wybaczyć?
Może ktoś z was zna odpowiedź? Czy naprawdę można uratować rodzinę przed alkoholizmem? Czy to zawsze zostaje już w nas na zawsze?