Kiedy matka mojego męża rozbiła naszą rodzinę: Historia odwagi i walki o własne dziecko

– Zosia, podaj mi herbatę! – głos teściowej przeszył ciszę niedzielnego poranka jak nóż. Stałam w kuchni, z rękami zanurzonymi w pianie, kiedy usłyszałam, jak moja ośmioletnia córka niepewnie odpowiada: – Babciu, ja jeszcze jem śniadanie…

– Nie pyskuj! – syknęła teściowa, a ja poczułam, jak coś we mnie pęka. To nie był pierwszy raz. Od miesięcy obserwowałam, jak pani Helena coraz śmielej rządzi się w naszym domu. Najpierw drobne uwagi, potem coraz ostrzejsze komentarze pod adresem Zosi, aż w końcu zaczęła ją traktować jak służącą. Mój mąż, Tomek, zawsze powtarzał: „Mama już taka jest, nie przejmuj się”. Ale ja widziałam strach w oczach mojej córki.

Tamtego dnia nie wytrzymałam. – Pani Heleno, Zosia jest dzieckiem, nie służącą – powiedziałam stanowczo, choć serce waliło mi jak młotem. Teściowa spojrzała na mnie z pogardą. – Ty mnie nie będziesz uczyć wychowania dzieci! Gdybyś była lepszą matką, Zosia wiedziałaby, co to szacunek do starszych!

Tomek siedział przy stole, milczący i spięty. Wiedziałam, że jest rozdarty między mną a matką. Po obiedzie próbowałam z nim rozmawiać. – Tomek, ona przekracza granice. Zosia boi się jej! – Ale on tylko wzdychał: – Przesadzasz. Mama chce dobrze.

Z każdym tygodniem było gorzej. Teściowa przychodziła codziennie „pomagać”, ale jej pomoc polegała na krytykowaniu wszystkiego: mojego gotowania, sposobu wychowania Zosi, nawet tego, jak składam pranie. Zosia zamknęła się w sobie. Przestała zapraszać koleżanki, zaczęła jąkać się ze stresu. Pewnego wieczoru usłyszałam jej cichy płacz za drzwiami pokoju.

– Mamo, dlaczego babcia mnie nie lubi? – zapytała przez łzy.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przytuliłam ją mocno i obiecałam, że ją ochronię. Ale jak? Tomek coraz częściej znikał z domu pod pretekstem pracy. Ja czułam się coraz bardziej samotna i bezsilna.

Pewnego dnia przyszłam wcześniej z pracy i zastałam teściową w pokoju Zosi. Stała nad nią z groźną miną.

– Jesteś niewdzięczna! Twoja matka była taka sama – leniwa i bez szacunku do starszych!

Zosia siedziała skulona na łóżku, łzy spływały jej po policzkach. Wybuchłam.

– Dość! Proszę natychmiast wyjść z pokoju mojej córki!

Teściowa wybiegła z mieszkania trzaskając drzwiami. Wieczorem Tomek wrócił do domu wściekły.

– Co ty sobie wyobrażasz? To moja matka! Nie będziesz jej wyrzucać!

– A ty kiedy w końcu staniesz po stronie własnej rodziny? – krzyknęłam przez łzy.

Przez kolejne dni w domu panowała lodowata cisza. Teściowa dzwoniła do Tomka codziennie, skarżąc się na mnie i Zosię. On coraz częściej nocował u kolegi. Czułam, że tracę grunt pod nogami.

W końcu przyszedł moment przełomowy. Zosia dostała ataku paniki przed pójściem do szkoły. Lekarka powiedziała jasno: „Dziecko jest pod ogromnym stresem. Jeśli sytuacja się nie zmieni, może dojść do depresji”.

To był cios prosto w serce. Usiadłam z Tomkiem wieczorem przy stole.

– Musimy coś zrobić. Albo chronimy Zosię i siebie, albo pozwalamy twojej matce zniszczyć naszą rodzinę.

Tomek długo milczał. W końcu spojrzał na mnie ze łzami w oczach.

– Boję się… Boję się odciąć od mamy. Ale jeszcze bardziej boję się stracić was.

Podjęliśmy decyzję: zerwaliśmy kontakt z teściową. Było ciężko – telefon dzwonił bez przerwy, rodzina Tomka oskarżała mnie o rozbicie rodziny. Ale po kilku tygodniach zobaczyłam pierwsze promyki nadziei: Zosia zaczęła się uśmiechać, zaprosiła koleżankę na nocowanie, znów śmiała się przy stole.

Czasem budzę się w nocy i pytam siebie: czy dobrze zrobiłam? Czy można naprawdę odciąć się od własnej krwi dla dobra dziecka? A może powinnam była walczyć inaczej?

Może wy mi powiecie: czy można być dobrą matką i jednocześnie dobrą synową? Czy zawsze trzeba wybierać?