Kiedy była teściowa postanowiła zniszczyć moje życie – Moja walka o sprawiedliwość i spokój
– Nie pozwolę ci tego tak zostawić, Aniu! – głos pani Haliny, mojej byłej teściowej, rozbrzmiał w moim mieszkaniu niczym wyrok. Stała w progu, zaciśnięte pięści, oczy pełne gniewu. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. To był ten moment, kiedy zrozumiałam, że mój koszmar po rozwodzie dopiero się zaczyna.
Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że najgorsze już za mną. Rozwód z Piotrem był bolesny, ale przyniósł mi ulgę. W końcu mogłam oddychać bez ciągłego poczucia winy i strachu przed kolejną kłótnią. Mieszkanie, które kupiliśmy razem z Piotrem na kredyt, miało być moją przystanią. Ale wtedy pojawiła się ona – pani Halina, kobieta, która przez lata udawała troskliwą matkę i babcię dla naszej córki Zosi.
– Połowa tego mieszkania należy się mojemu synowi! – krzyczała. – A skoro on nie chce się tym zajmować, ja to zrobię! Potrzebuję tych pieniędzy!
Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Przecież Piotr sam powiedział mi po rozwodzie: „Zostaw sobie mieszkanie, ja zaczynam nowe życie”. Ale jego matka miała inne plany. Zaczęły się telefony, listy polecone, a potem wezwanie do sądu. Każdego dnia czułam coraz większy ciężar na piersi. Bałam się otwierać skrzynkę na listy.
Moja mama próbowała mnie pocieszać:
– Aniu, nie przejmuj się. Sąd na pewno przyzna ci rację. Przecież to ty spłacałaś kredyt przez ostatnie lata.
Ale ja wiedziałam, że w Polsce sprawy rodzinne rzadko są czarno-białe. Prawda miesza się z emocjami, a sprawiedliwość często przegrywa z uporem i pieniędzmi.
Zosia miała wtedy dziewięć lat. Czuła napięcie w domu, widziała moje łzy wieczorami. Pewnego dnia zapytała:
– Mamo, czy babcia już nas nie kocha?
Nie umiałam jej odpowiedzieć. Jak wytłumaczyć dziecku, że dorosły człowiek może być tak okrutny?
Pierwsza rozprawa była jak zły sen. Pani Halina przyszła z adwokatem i całą teczką dokumentów. Opowiadała przed sądem historie o tym, jak to ona pomagała nam finansowo przy remoncie mieszkania, jak opiekowała się Zosią, kiedy ja byłam w pracy. Sędzia patrzył na mnie surowo:
– Czy potwierdza pani te słowa?
– Nie do końca – odpowiedziałam cicho. – Pani Halina czasem pomagała przy Zosi, ale nigdy nie dawała nam pieniędzy na mieszkanie.
Po rozprawie czułam się upokorzona. Wyszłam z sądu i rozpłakałam się na ulicy. Zadzwoniłam do przyjaciółki Magdy:
– Nie dam już rady…
– Musisz walczyć! – usłyszałam w słuchawce. – Nie możesz pozwolić, żeby cię zniszczyli.
W domu czekała na mnie kolejna niespodzianka – list od komornika. Okazało się, że pani Halina zabezpieczyła swoje roszczenia na naszym mieszkaniu. Bałam się, że stracę dach nad głową.
Nocami nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, analizując każdy szczegół naszej wspólnej historii z Piotrem i jego matką. Przypominały mi się wszystkie chwile, kiedy pani Halina przynosiła nam domowe ciasto albo zabierała Zosię na spacer. Czy to wszystko było tylko grą? Czy naprawdę przez tyle lat udawała?
Kolejne tygodnie były pasmem stresu i upokorzeń. Rodzina Piotra zaczęła mnie unikać. Na ulicy spotkałam jego siostrę Ewę:
– Aniu, nie rozumiem cię… Po co ci to wszystko? Oddaj połowę i będziesz miała spokój.
Ale dla mnie to nie chodziło tylko o pieniądze. To było moje życie, mój dom, moje bezpieczeństwo.
W pracy też nie było łatwo. Szef coraz częściej patrzył na mnie krzywo – widział moje zmęczenie i rozkojarzenie. Bałam się zwolnienia. Czułam się osaczona ze wszystkich stron.
Pewnego wieczoru Zosia przyszła do mnie z rysunkiem:
– Mamo, narysowałam nasz dom… Proszę, nie pozwól babci go zabrać.
Serce mi pękło. Wiedziałam, że muszę walczyć do końca.
Druga rozprawa była jeszcze gorsza niż pierwsza. Pani Halina płakała przed sądem:
– Ja tylko chcę sprawiedliwości! Moja synowa chce mnie pozbawić wszystkiego!
Sędzia spojrzał na mnie:
– Czy jest szansa na ugodę?
Zacisnęłam zęby:
– Nie oddam jej połowy mieszkania.
Po rozprawie spotkałam Piotra na korytarzu sądu.
– Aniu… Przepraszam za mamę. Ja naprawdę nie chciałem tego wszystkiego.
Patrzyłam na niego przez łzy:
– To dlaczego nic nie robisz?
Wzruszył ramionami i odszedł bez słowa.
Czułam się zdradzona przez wszystkich: przez Piotra, przez jego rodzinę, przez system prawny. Nawet moja własna rodzina zaczęła mieć wątpliwości:
– Może lepiej się dogadać? – pytała mama.
Ale ja wiedziałam jedno – jeśli teraz ustąpię, już nigdy nie będę mogła spojrzeć sobie w oczy.
Po kilku miesiącach walki przyszło rozstrzygnięcie sądu: mam zapłacić pani Halinie część wartości mieszkania. Nie połowę – ale wystarczająco dużo, żeby poczuć gorycz porażki.
Sprzedałam samochód, pożyczyłam pieniądze od Magdy i spłaciłam byłą teściową. Przez kilka tygodni żyłyśmy z Zosią bardzo skromnie – makaron z serem stał się naszym codziennym obiadem. Ale przynajmniej miałyśmy spokój.
Dziś minął rok od tamtych wydarzeń. Nadal boli mnie niesprawiedliwość tego wszystkiego, ale czuję też dumę – nie poddałam się. Zosia śmieje się coraz częściej, a ja powoli odzyskuję równowagę.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy warto było walczyć? Czy można wybaczyć taką zdradę? Może to właśnie takie chwile uczą nas najwięcej o sobie samych…