Jak wybaczyłam synowi i byłej synowej – historia babci, która musiała nauczyć się żyć na nowo

– Mamo, nie chcę już wracać do tego domu – głos Piotra drżał, a ja czułam, jak serce ściska mi się w piersi. Stał w mojej kuchni, z oczami wbitymi w podłogę. Przez chwilę miałam ochotę go uderzyć, potrząsnąć nim, żeby się opamiętał. – Piotrze, masz dzieci! Masz żonę! – krzyknęłam, a łzy napłynęły mi do oczu. – Co ty wyprawiasz?

Nie odpowiedział. Wyszedł, zostawiając za sobą ciszę tak gęstą, że aż bolała. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek mojego koszmaru.

Przez kolejne tygodnie żyłam jak w amoku. Dzwoniłam do Aliny – mojej synowej – codziennie. Czułam się rozdarta między lojalnością wobec syna a współczuciem dla niej i wnuków. Alina była silna. Przynajmniej tak mi się wydawało. – Marianno, dam radę – mówiła przez łzy. – Dla dzieci muszę być silna.

Wnuki… Mały Kuba przestał się uśmiechać. Zosia zaczęła moczyć się w nocy. Patrzyłam na nich i czułam wściekłość na Piotra, ale też na siebie. Czy to moja wina? Czy źle go wychowałam?

W święta Bożego Narodzenia pierwszy raz nie było nas wszystkich przy stole. Piotr przyszedł tylko na chwilę, z nową partnerką, Magdą. Nie spojrzałam jej w oczy. Alina nie przyszła wcale. Zosia napisała do mnie list: „Babciu, czy tata jeszcze nas kocha?”

Nie spałam wtedy całą noc. Przewracałam się z boku na bok, a w głowie miałam tylko jedno pytanie: jak mam wybaczyć własnemu dziecku? Jak mam pomóc wnukom i Alinie, skoro sama nie potrafię sobie poradzić z bólem?

Z czasem zaczęłam spotykać się z Aliną częściej. Najpierw przychodziła tylko po to, żeby zostawić dzieci na kilka godzin. Potem zaczęłyśmy rozmawiać przy herbacie. – Marianno, ja już nie mam siły walczyć z Piotrem o alimenty – wyznała pewnego dnia. – On mówi, że nie ma pieniędzy, a ja widzę zdjęcia z wakacji w Egipcie.

Czułam wstyd i złość jednocześnie. – Porozmawiam z nim – obiecałam.

Spotkanie z Piotrem było najtrudniejsze w moim życiu. – Synu, co się z tobą stało? – zapytałam cicho. – Zawsze byłeś dobrym człowiekiem.

– Mamo, nie rozumiesz… Ja też chcę być szczęśliwy.

– A twoje dzieci? One też chcą być szczęśliwe! – krzyknęłam.

Piotr spuścił głowę. Widziałam łzy w jego oczach.

Po tej rozmowie długo nie mogłam dojść do siebie. Zaczęłam chodzić na spacery po parku, żeby zebrać myśli. Spotkałam tam panią Jadwigę, sąsiadkę z bloku obok. – Marianno, życie jest za krótkie na żal – powiedziała mi pewnego dnia. – Musisz wybaczyć synowi, bo inaczej sama siebie zniszczysz.

Te słowa długo we mnie rezonowały. Zrozumiałam, że jeśli nie wybaczę Piotrowi i sobie samej, nigdy nie będę mogła być wsparciem dla wnuków i Aliny.

Zaczęłam pomagać Alinie bardziej aktywnie: odbierałam dzieci ze szkoły, gotowałam obiady, czasem zostawały u mnie na noc. Zosia zaczęła się uśmiechać coraz częściej. Kuba opowiadał mi o swoich marzeniach.

Pewnego dnia Alina przyszła do mnie zapłakana. – Marianno, dostałam propozycję pracy w Warszawie… Ale boję się wyjechać z dziećmi tak daleko od was.

Objęłam ją mocno. – Kochana, musisz myśleć o sobie i dzieciach. Ja zawsze będę dla was tutaj.

Wyjechali miesiąc później. Pożegnanie było bolesne, ale wiedziałam, że to dla nich szansa na nowe życie.

Piotr próbował odbudować relacje z dziećmi, ale one długo nie chciały z nim rozmawiać. Widziałam jego cierpienie i bezradność.

Minęły dwa lata od tamtych wydarzeń. Dziś mam kontakt zarówno z Aliną, jak i z Piotrem. Wnuki odwiedzają mnie w wakacje i ferie. Zosia napisała ostatnio: „Babciu, jesteś moją bohaterką”.

Czasem patrzę na zdjęcia sprzed lat i zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy przebaczenie naprawdę leczy rany? Może to właśnie ono pozwala nam żyć dalej mimo wszystkiego?