Dom, którego nie odziedziczą – Ostatnia decyzja samotnej kobiety

– Znowu przyszłaś, Magda? – zapytałam, ledwo powstrzymując drżenie głosu, kiedy zobaczyłam ją w progu. Stała tam z plastikową torbą z Biedronki, a jej oczy błądziły po ścianach mojego mieszkania, jakby szukała czegoś więcej niż tylko mojej obecności. – Przyniosłam ci trochę ciasta, ciociu Halino – powiedziała, ale wiedziałam, że nie o ciasto tu chodzi. Od miesięcy jej wizyty były coraz częstsze i coraz bardziej natarczywe. Czułam się jak zwierzyna na polowaniu.

Mam sześćdziesiąt siedem lat i od ponad dwudziestu lat mieszkam sama w tym starym domu na warszawskim Grochowie. Kiedyś był tu gwar, śmiech dzieci, zapach świeżego chleba i dźwięk radia, które mój mąż, Andrzej, uwielbiał nastawiać na cały regulator. Ale Andrzej odszedł – najpierw do innej kobiety, potem na zawsze. Syn zginął w wypadku samochodowym dziesięć lat temu. Od tamtej pory dom stał się dla mnie schronieniem i więzieniem jednocześnie.

Rodzina? Zawsze byli gdzieś obok, ale nigdy naprawdę ze mną. Moja siostra Barbara mieszka w Gdańsku i dzwoni tylko na święta. Jej córka Magda – ta sama, która teraz stoi w moim przedpokoju – przez lata nie miała dla mnie czasu. Ale odkąd zaczęły się plotki o moim zdrowiu i o tym, że „Halina już nie daje rady sama”, nagle wszyscy zaczęli się mną interesować.

– Ciociu, a może byś sprzedała ten dom i zamieszkała bliżej nas? – zaproponowała Magda pewnego popołudnia, kiedy siedziałyśmy przy herbacie. – Wiesz, teraz mieszkania są takie drogie…
– Nie chcę nigdzie się przeprowadzać – odpowiedziałam ostrożnie. – Tu jest mój dom.
– Ale przecież sama tu nie dasz rady! – wtrąciła się jej mąż Paweł, który akurat przyszedł po nią samochodem. – Tyle metrów do sprzątania…
Patrzyli na mnie z troską wymalowaną na twarzach, ale ja widziałam w ich oczach coś innego: chciwość.

Zaczęłam się zastanawiać, co stanie się z tym domem po mojej śmierci. Przypomniałam sobie pogrzeb mojego ojca. Rodzina kłóciła się wtedy o każdy drobiazg: „Kto dostanie zegarek?”, „A komu przypadnie działka pod Warszawą?”. Mama płakała cicho w kącie, a ja obiecałam sobie wtedy, że nie pozwolę, by po mnie zostały tylko kłótnie i żal.

Pewnego wieczoru zadzwoniłam do prawnika. – Pani Halino, ma pani pełne prawo rozporządzić swoim majątkiem wedle własnej woli – powiedział spokojnie mecenas Domański. – Może pani wszystko zapisać komu tylko chce.

Wróciłam do domu i długo siedziałam przy kuchennym stole. Przypominały mi się wszystkie samotne święta, kiedy nikt nie zadzwonił z życzeniami; wszystkie urodziny spędzone przed telewizorem; wszystkie listy i kartki, które nigdy nie przyszły. W końcu podjęłam decyzję: dom przekażę fundacji pomagającej samotnym matkom z dziećmi. Może ktoś inny znajdzie tu szczęście, którego ja nie zaznałam.

Nie powiedziałam o tym nikomu. Grałam dalej rolę miłej cioci Haliny: częstowałam kawą, słuchałam narzekań na drożyznę i inflację, kiwałam głową na opowieści o „trudnych czasach”. Ale w środku czułam ulgę.

Pewnej niedzieli cała rodzina zebrała się u mnie pod pretekstem imienin. Była Barbara z mężem Jerzym, Magda z Pawłem i ich dwójką dzieci oraz kuzynka Teresa z synem Michałem. Rozmowy szybko zeszły na temat pieniędzy.
– Wiesz Halinko, teraz to już nawet kredytu nie dostaniesz na mieszkanie – westchnęła Teresa.
– A taki dom jak twój to skarb! – dodał Jerzy z błyskiem w oku.
Magda spojrzała na mnie badawczo:
– Ciociu… a ty nie boisz się tu sama?
– Przywykłam do samotności – odpowiedziałam spokojnie.
– Ale przecież masz nas! – rzucił Michał z udawaną serdecznością.
Zaśmiałam się gorzko:
– Naprawdę? Kiedy ostatnio ktoś z was zadzwonił bez powodu?
Zapadła cisza. Barbara zaczęła nerwowo poprawiać obrus.

Po kolacji Magda została jeszcze chwilę.
– Ciociu… my naprawdę się o ciebie martwimy.
– Wiem – odpowiedziałam cicho. – Ale nie o mnie wam chodzi.

Dni mijały powoli. Czasem miałam wyrzuty sumienia: czy powinnam tak postąpić wobec rodziny? Ale potem przypominałam sobie wszystkie te puste wieczory i samotne poranki.

Któregoś dnia dostałam list od fundacji: „Dziękujemy za okazane serce i wsparcie”. Uśmiechnęłam się przez łzy. Wyobraziłam sobie dzieci bawiące się w moim ogrodzie, matki gotujące w tej samej kuchni, w której ja tyle razy płakałam nad herbatą.

Rodzina niczego nie podejrzewała. Wręcz przeciwnie: stawali się coraz bardziej nachalni. Pewnego wieczoru Paweł zadzwonił:
– Pani Halino, jeśli będzie pani czegoś potrzebować…
– Dziękuję, dam sobie radę – przerwałam mu szybko.
Odłożyłam słuchawkę i rozpłakałam się jak dziecko. Nie dlatego, że mnie skrzywdzili – tylko dlatego, że nigdy nie byłam dla nich naprawdę ważna.

Teraz siedzę przy oknie i patrzę na mokre od deszczu ulice Grochowa. Dom jest cichy; tylko ja słyszę w nim echa dawnych rozmów i śmiechu mojego syna. Ale już się nie boję odejść stąd sama.

Czy rodzina kiedykolwiek zrozumie moją decyzję? Czy będą za mną tęsknić… czy tylko za domem? A wy – co byście zrobili na moim miejscu? Czy można wybaczyć rodzinie obojętność? Czy lepiej samemu decydować o swoim losie?