Czy naprawdę kocham je wszystkie tak samo? Historia babci, która musiała wybrać między sercem a rozsądkiem
— Zosiu, dlaczego nie chcesz już do mnie przychodzić? — zapytałam cicho, patrząc na jej skuloną sylwetkę przy stole. Miała zaledwie trzynaście lat, a w jej oczach widziałam cień, którego nie potrafiłam rozpoznać. Jeszcze rok temu biegała po moim ogródku, śmiała się, opowiadała mi o wszystkim. Teraz odpowiadała półsłówkami, a jej telefon był ważniejszy niż rozmowa ze mną.
— Nie wiem, babciu. Po prostu nie mam ochoty — mruknęła, nie podnosząc wzroku. W kuchni pachniało świeżym ciastem drożdżowym, które zawsze piekłam specjalnie dla niej. Ale nawet ono nie wywołało u niej uśmiechu.
Zosia była moją pierwszą wnuczką. Kiedy się urodziła, czułam, jakby świat nabrał nowych barw. Byłam przy niej, gdy stawiała pierwsze kroki, gdy szła do przedszkola, gdy płakała po rozstaniu z pierwszą przyjaciółką. Zawsze była blisko mnie. Ale od kiedy jej rodzice, moja córka Marta i zięć Tomek, zaczęli coraz częściej kłócić się o jej młodszego brata, wszystko się zmieniło.
— Zosia, idź do swojego pokoju, muszę porozmawiać z babcią — usłyszałam głos Marty, gdy odwiedziłam ich kilka tygodni temu. Zosia posłusznie wyszła, a Marta usiadła naprzeciwko mnie, wyraźnie zdenerwowana.
— Mamo, nie wiem już, co robić. Tomek cały czas faworyzuje Maćka. Zosia czuje się odtrącona, a ja nie mam już siły tego wszystkiego godzić. — Jej głos drżał, a w oczach pojawiły się łzy.
— Może powinniście porozmawiać z kimś, kto wam pomoże? — zaproponowałam ostrożnie, ale Marta tylko pokręciła głową.
— Tomek uważa, że to Zosia jest przewrażliwiona. A ja… ja czasem też mam wrażenie, że Maciek potrzebuje więcej uwagi. Jest młodszy, bardziej wrażliwy…
Wtedy po raz pierwszy poczułam ukłucie niepokoju. Czy naprawdę można kochać dzieci po równo? Czy to możliwe, że nawet ja, babcia, mam swoje ulubione wnuki?
Zaczęłam obserwować Zosię uważniej. Z każdym tygodniem była coraz bardziej zamknięta w sobie. Przestała przychodzić do mnie na nocowanie, nie chciała już wspólnie piec pierników na święta. Kiedyś opowiadała mi o wszystkim, teraz milczała. Pewnego dnia, gdy przyszłam do nich bez zapowiedzi, usłyszałam, jak Tomek podnosi na nią głos:
— Zosia, ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie przeszkadzała Maćkowi? On musi się uczyć, a ty tylko przeszkadzasz!
Zosia wybiegła z pokoju, mijając mnie w przedpokoju. Miała łzy w oczach. Chciałam ją przytulić, ale odsunęła się ode mnie.
— Babciu, nie rozumiesz. Nikt mnie tu nie chce — wyszeptała i zamknęła się w łazience.
Te słowa rozdarły mi serce. Przez kilka nocy nie mogłam spać, myśląc o tym, co się dzieje w tej rodzinie. Próbowałam rozmawiać z Martą, ale ona była coraz bardziej zmęczona, przytłoczona codziennością. Tomek unikał mnie, a Maciek… Maciek był oczkiem w głowie wszystkich. Zosia znikała w cieniu młodszego brata.
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie Zosia. Jej głos był cichy, drżący.
— Babciu, mogę do ciebie przyjechać na kilka dni? — zapytała.
— Oczywiście, kochanie. Zawsze możesz do mnie przyjechać — odpowiedziałam bez wahania.
Kiedy przyszła, była blada, z podkrążonymi oczami. Przez pierwsze dwa dni prawie się nie odzywała. Dopiero trzeciego wieczoru, siedząc razem na kanapie, zaczęła mówić.
— Babciu, ja już nie chcę tam wracać. Mama mnie nie słucha, tata tylko krzyczy. Maciek jest najważniejszy. Ja… ja chyba ich nie obchodzę.
Objęłam ją mocno. Czułam, jak drży. Wtedy podjęłam decyzję, która miała zmienić wszystko.
Następnego dnia zadzwoniłam do Marty.
— Musimy porozmawiać. Zosia nie chce wracać do domu. — W słuchawce zapadła cisza.
— Mamo, nie możesz jej tak po prostu zatrzymać! — wybuchła Marta. — To moje dziecko!
— Ale czy ty je jeszcze widzisz? Czy widzisz, jak bardzo cierpi? — zapytałam ostro. — Może powinnaś pozwolić jej tu zostać na dłużej. Przynajmniej dopóki nie poukładacie wszystkiego z Tomkiem.
Marta płakała. Ja też płakałam. Wiedziałam, że ryzykuję rozpad rodziny, że mogę stracić kontakt z córką. Ale nie mogłam patrzeć, jak Zosia gaśnie.
Przez kolejne tygodnie Zosia mieszkała u mnie. Powoli wracała do siebie, zaczęła się uśmiechać, rozmawiać, śmiać. Chodziłyśmy razem na spacery, piekłyśmy ciasta, oglądałyśmy stare zdjęcia. Ale wciąż widziałam w jej oczach cień.
Marta i Tomek zaczęli chodzić na terapię. Zosia nie chciała z nimi rozmawiać, ale powoli, bardzo powoli, zaczęła się otwierać. Po kilku miesiącach wróciła do domu, ale już nigdy nie była taka sama. Ja też nie.
Często zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam. Czy miałam prawo wtrącać się w ich życie? Czy naprawdę można kochać dzieci i wnuki po równo? A może każdy z nas, nawet nieświadomie, faworyzuje jednych, raniąc innych?
Czasem patrzę na Zosię i pytam siebie: czy mogłam zrobić więcej? Czy wy też czasem czujecie, że wasza miłość nie wystarcza, by uratować rodzinę?