„Chcesz mieć dziecko? Najpierw wynieś się z mojego domu!” – Jak moja teściowa prawie zniszczyła moje małżeństwo

– Nie będziesz miał tu dziecka, dopóki nie wyniesiesz się z mojego domu! – głos teściowej odbił się echem od ścian naszego dwupokojowego mieszkania na warszawskim Bródnie. Stałem w kuchni z kubkiem zimnej już herbaty, a Magda, moja żona, patrzyła na mnie z rozpaczą w oczach.

– Mamo, proszę cię… – zaczęła cicho Magda, ale pani Halina już była w swoim żywiole.

– Prosiłam cię, żebyś nie wychodziła za mąż za pierwszego lepszego! Teraz masz. Dziecko? W tej klitce? Z nim? – wskazała na mnie palcem, jakby to ja byłem winny całemu złu tego świata.

Od miesięcy żyliśmy w napięciu. Pani Halina wprowadziła się do nas po śmierci swojego męża. Na początku myślałem, że to tylko na chwilę – że pomożemy jej stanąć na nogi. Ale minęły trzy lata. Trzy lata codziennych uwag, krytyki i wiecznego niezadowolenia. Magda próbowała mediować, ale coraz częściej widziałem w jej oczach zmęczenie i rezygnację.

Pamiętam dzień, kiedy powiedziała mi o ciąży. Byliśmy wtedy sami w parku, siedzieliśmy na ławce pod kasztanem.

– Michał… będziemy mieli dziecko – wyszeptała, a jej oczy rozbłysły szczęściem.

Przez chwilę świat zawirował mi przed oczami. Chciałem krzyczeć z radości. Ale potem przyszła myśl: co powie teściowa? Jak ona to zniesie?

Nie musiałem długo czekać na odpowiedź. Usłyszała naszą rozmowę przez drzwi. Od tego dnia zaczęło się piekło. Pani Halina codziennie powtarzała, że nie pozwoli „zrujnować sobie życia przez bachora”. Zaczęła przestawiać meble, wyrzucać nasze rzeczy z szafek, a nawet zamykać drzwi do łazienki na klucz.

– To mój dom! – powtarzała jak mantrę. – Ja tu rządzę!

Magda coraz częściej płakała nocami. Próbowałem ją pocieszać, ale sam czułem się bezradny. Praca w korporacji wykańczała mnie psychicznie, a po powrocie do domu czekały kolejne awantury.

Pewnego dnia wróciłem wcześniej z pracy. W mieszkaniu panowała cisza. Zawołałem Magdę – nie odpowiedziała. W sypialni znalazłem tylko kartkę: „Nie mogę już tak żyć. Muszę odpocząć. Proszę, nie szukaj mnie.”

Serce mi stanęło. Próbowałem dzwonić – telefon wyłączony. Pani Halina siedziała w kuchni i piła kawę.

– No i dobrze – powiedziała chłodno. – Może wreszcie się opamiętasz.

Przez kolejne dni szukałem Magdy wszędzie: u przyjaciół, rodziny, w szpitalach. Nikt nic nie wiedział. Zostałem sam z kobietą, która nienawidziła mnie z każdym oddechem bardziej.

W pracy przestałem się liczyć – szef wezwał mnie na rozmowę i zapytał, czy mam problemy osobiste. Miałem ochotę wykrzyczeć mu wszystko: że moje życie się rozpada, że nie wiem, gdzie jest moja żona i czy nasze dziecko jest bezpieczne.

Po tygodniu Magda zadzwoniła.

– Michał… musimy porozmawiać – jej głos był cichy i zmęczony.

Spotkaliśmy się w kawiarni na Pradze. Była blada, schudła.

– Nie wrócę tam – powiedziała stanowczo. – Albo ona, albo ja.

Patrzyłem na nią długo. Wiedziałem, że jeśli wybiorę matkę Magdy, stracę wszystko. Ale jeśli każę jej się wyprowadzić… gdzie pójdzie? Była sama, schorowana, bez pracy.

Wróciłem do mieszkania i spojrzałem pani Halinie prosto w oczy.

– Musisz się wyprowadzić – powiedziałem spokojnie.

Wyśmiała mnie.

– Ty mi nie będziesz mówił, co mam robić! To mój dom!

Ale tym razem byłem nieugięty. Pomogłem jej znaleźć pokój w domu opieki społecznej na Targówku. Przez tydzień nie odzywała się do mnie ani słowem.

Magda wróciła po miesiącu. Byliśmy razem przy narodzinach naszej córki, Zuzi. Ale rana po tej historii nigdy się nie zagoiła. Pani Halina nigdy nam nie wybaczyła – przestała się odzywać do Magdy i do wnuczki.

Czasem patrzę na moją rodzinę i zastanawiam się: czy mogłem to rozegrać inaczej? Czy naprawdę musiałem wybierać między miłością a lojalnością wobec rodziny? A może to los zmusił mnie do tej decyzji?

Czy Wy też kiedyś musieliście wybierać między bliskimi? Jak poradziliście sobie z takim wyborem?