Były zięć żąda połowy mieszkania mojej córki: Czy sprawiedliwość ma swoją cenę?
— Nie wierzę, że to się dzieje — powiedziałem do żony, patrząc na kopertę z sądu, którą właśnie przyniósł listonosz. Moje ręce drżały, a w głowie kłębiły się myśli. Przez lata budowałem dla mojej rodziny bezpieczny dom, a teraz wszystko miało się rozpaść przez jedną decyzję, przez jednego człowieka, któremu kiedyś ufałem jak synowi.
Pamiętam, jak pierwszy raz spotkałem Pawła. Był uprzejmy, uśmiechnięty, wydawał się kochać naszą Kasię. Zawsze mówiłem żonie, że w końcu nasza córka znalazła kogoś, kto ją uszczęśliwi. Kiedy postanowili się pobrać, nie miałem wątpliwości, że to dobra decyzja. Chciałem im pomóc na starcie, więc razem z żoną kupiliśmy dla nich mieszkanie na warszawskim Ursynowie. To był nasz prezent ślubny, nasza inwestycja w ich przyszłość.
— Andrzej, przecież to twoja córka, nie żałuj jej — powtarzała mi żona, kiedy zastanawiałem się, czy nie przesadzamy z pomocą. Ale przecież rodzina jest najważniejsza, prawda?
Wszystko układało się dobrze przez pierwsze lata. Paweł był zaangażowany, pomagał w remontach, czasem nawet sam coś naprawiał. Kasia była szczęśliwa, a my z żoną czuliśmy dumę, patrząc na ich wspólne życie. Ale potem coś zaczęło się psuć. Najpierw drobne kłótnie, potem coraz częstsze nieporozumienia. Paweł zaczął wracać późno z pracy, Kasia płakała po nocach. Próbowałem z nim rozmawiać, ale zawsze zbywał mnie żartem albo zmieniał temat.
Pewnego wieczoru, kiedy wróciłem z pracy, zastałem Kasię siedzącą na podłodze w kuchni. Trzymała w rękach kubek z herbatą, a łzy spływały jej po policzkach.
— Tato, ja już nie mogę… — wyszeptała. — On mnie nie słucha, nie rozumie, ciągle tylko praca i koledzy. Czuję się, jakbym była sama w tym małżeństwie.
Serce mi pękało, widząc ją w takim stanie. Próbowałem ją pocieszyć, zapewniałem, że wszystko się ułoży. Ale z każdym tygodniem było coraz gorzej. W końcu Kasia podjęła decyzję o rozwodzie. Było mi jej żal, ale wiedziałem, że to jedyne wyjście.
Myślałem, że najgorsze już za nami. Ale wtedy pojawił się Paweł — nie ten sam chłopak, którego kiedyś polubiłem. Przyszedł do nas, spojrzał mi prosto w oczy i powiedział:
— Andrzej, skoro się rozstajemy, chcę połowę mieszkania. Przecież ja też włożyłem w nie pieniądze, remontowałem, kupowałem sprzęty. To sprawiedliwe.
Zamurowało mnie. Przez chwilę nie mogłem wydusić z siebie słowa. Przecież to mieszkanie było prezentem dla Kasi, kupiliśmy je z żoną, a Paweł nigdy nie dołożył się do zakupu. Owszem, pomagał przy remoncie, ale przecież to normalne, że mąż dba o wspólny dom.
— Paweł, chyba żartujesz. To mieszkanie jest własnością Kasi, my je kupiliśmy. Ty nie masz do niego żadnych praw — powiedziałem, starając się zachować spokój.
— Może i nie kupiłem go, ale przez lata inwestowałem w nie czas i pieniądze. Bez mojej pracy nie wyglądałoby tak, jak teraz. Mam prawo do połowy — odpowiedział z zimną determinacją.
Zaczęły się przepychanki, rozmowy z prawnikami, nerwy. Kasia była załamana, nie spała po nocach, bała się, że straci dach nad głową. Ja czułem się bezsilny, wściekły, zdradzony. Przecież chciałem tylko pomóc córce, a teraz miałem walczyć o coś, co powinno być oczywiste.
W sądzie Paweł przedstawił faktury za sprzęty, które kupił do mieszkania, zdjęcia z remontów, nawet świadków, którzy potwierdzali, że pracował przy wykończeniu. Jego adwokat przekonywał, że bez jego wkładu mieszkanie nie miałoby takiej wartości. Sędzia słuchał uważnie, a ja czułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg.
— Proszę pana, czy jest pan w stanie udowodnić, że mieszkanie zostało zakupione wyłącznie przez pana i żonę? — zapytał sędzia podczas jednej z rozpraw.
— Tak, mam wszystkie dokumenty, akty notarialne, przelewy z naszego konta — odpowiedziałem, pokazując teczkę z papierami.
Ale Paweł nie odpuszczał. Twierdził, że skoro mieszkanie było prezentem ślubnym, to stało się majątkiem wspólnym, a on jako mąż miał do niego prawo. Prawnicy spierali się o interpretację przepisów, a my z żoną coraz bardziej traciliśmy nadzieję na szybkie zakończenie sprawy.
W domu atmosfera była napięta. Kasia zamknęła się w sobie, unikała rozmów, nie chciała wychodzić z pokoju. Ja z żoną kłóciliśmy się o wszystko — o pieniądze, o przyszłość, o to, czy mogliśmy zrobić coś inaczej. Czułem, że rodzina, którą budowałem przez całe życie, rozpada się na moich oczach.
Pewnego wieczoru usiadłem z Kasią przy kuchennym stole. Była blada, zmęczona, z podkrążonymi oczami.
— Tato, co jeśli on wygra? Co jeśli będę musiała sprzedać mieszkanie i oddać mu połowę? — zapytała cicho.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Chciałem ją zapewnić, że wszystko będzie dobrze, ale sam nie byłem tego pewien. Przecież prawo bywa bezduszne, a ludzie potrafią być bezwzględni, kiedy w grę wchodzą pieniądze.
— Kasia, zrobimy wszystko, żebyś nie straciła domu. To nasze mieszkanie, nasza rodzina. Nie pozwolę, żeby ktoś ci to odebrał — powiedziałem, choć w środku czułem strach.
Sprawa ciągnęła się miesiącami. Każda rozprawa była dla nas jak kolejny cios. Paweł nie odpuszczał, jego żądania rosły. W końcu sędzia ogłosił wyrok: mieszkanie pozostaje własnością Kasi, ale Paweł ma prawo do zwrotu części kosztów remontu, które udokumentował. To nie była pełna wygrana, ale przynajmniej Kasia nie musiała opuszczać swojego domu.
Po wszystkim usiedliśmy razem w salonie. Kasia płakała ze szczęścia i ulgi, ja czułem się wyczerpany, ale też dumny, że przetrwaliśmy tę burzę. Żona objęła nas oboje, a ja spojrzałem na nią i pomyślałem, jak łatwo można stracić to, na czym najbardziej nam zależy.
Czasem zastanawiam się, czy warto było tak bardzo pomagać dzieciom, czy nie powinniśmy byli zostawić im więcej odpowiedzialności. Czy rodzicielska miłość powinna mieć granice? Czy sprawiedliwość naprawdę istnieje, kiedy w grę wchodzą uczucia i pieniądze? Może nigdy nie znajdę odpowiedzi, ale wiem jedno — rodzina jest najważniejsza, nawet jeśli czasem trzeba o nią walczyć do ostatniego tchu.