Niech myślą, że miałam w życiu niesamowite szczęście

Niech myślą, że miałam w życiu niesamowite szczęście. Niech patrzą na moje zdjęcia z wakacji w Chorwacji, na uśmiechnięte selfie z rodzicami i niech im się wydaje, że wszystko zawsze układało się po mojej myśli. Ale prawda jest taka, że nawet teraz, kiedy patrzę w lustro, widzę tamtą małą Kingę Wydrowską – dziewczynę, która nienawidziła swojego imienia i jeszcze bardziej swojego nazwiska. Wydrowska. Dzieci w podstawówce nie miały litości. „Wydra! Wydra!” – krzyczeli za mną na korytarzu, a ja marzyłam, żeby mieć długie jasne włosy jak Wiola Nowak, nogi jak Kasia Zielińska albo chociaż odwagę, żeby im odpowiedzieć.

Pamiętam tamten dzień, kiedy wróciłam do domu z podartą kurtką i łzami w oczach. Mama spojrzała na mnie z irytacją:
– Znowu coś przeskrobałaś? Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie wdawała się w bójki?
– To nie ja zaczęłam… – próbowałam się tłumaczyć, ale ona już odwracała się do mnie plecami.

Ojciec siedział w salonie przed telewizorem, jak zwykle z piwem w ręku. Nawet nie podniósł wzroku.
– Daj jej spokój, Hanka – mruknął tylko. – Dzieciaki zawsze się tłuką.

Wtedy po raz pierwszy poczułam się naprawdę sama. W szkole nie miałam przyjaciółek – Wiola i Kasia trzymały się razem i patrzyły na mnie z góry. Czasem próbowałam się do nich przysiąść na przerwie, ale one tylko wymieniały spojrzenia i zaczynały szeptać coś do siebie. Wiedziałam, że chodzi o mnie.

Wieczorami stałam przed lustrem w łazience i wyobrażałam sobie, że jestem kimś innym. Może nawet kimś takim jak one – pewną siebie, lubianą przez wszystkich. Ale kiedy wracałam do rzeczywistości, widziałam tylko swoje ciemne włosy, krzywy nos i oczy pełne smutku.

W gimnazjum było jeszcze gorzej. Przezwisko „Wydra” przylgnęło do mnie na dobre. Chłopcy z klasy wymyślali coraz to nowe żarty na mój temat. Raz ktoś wrzucił mi do plecaka martwą mysz. Kiedy znalazłam ją podczas lekcji matematyki, cała klasa wybuchła śmiechem. Nauczycielka próbowała ich uciszyć, ale ja już wiedziałam, że nikt nie stanie po mojej stronie.

W domu też nie było lepiej. Rodzice coraz częściej się kłócili. Mama zarzucała ojcu lenistwo i brak ambicji, on jej – wieczne niezadowolenie i czepianie się o drobiazgi. Często zamykałam się w swoim pokoju i słuchałam muzyki na słuchawkach, żeby nie słyszeć ich krzyków.

Pewnego wieczoru usłyszałam przez drzwi:
– Może gdybyś bardziej zajęła się Kingą, nie byłaby taka dziwna!
– A może gdybyś ty był lepszym ojcem, nie musiałabym wszystkiego robić sama!

To bolało bardziej niż wszystkie przezwiska razem wzięte. Czułam się winna ich kłótniom, jakby to przeze mnie wszystko się psuło.

W liceum postanowiłam zmienić wszystko. Zapuściłam włosy, zaczęłam malować rzęsy i nosić ubrania pożyczone od kuzynki. Próbowałam udawać pewną siebie dziewczynę, którą nigdy nie byłam. Zaczęłam wrzucać zdjęcia na Instagram – uśmiechnięta Kinga na tle morza, Kinga z koleżankami (choć tak naprawdę znałyśmy się ledwie kilka tygodni), Kinga z nowym chłopakiem (który po miesiącu zostawił mnie dla innej).

Ludzie zaczęli mi zazdrościć. Słyszałam za plecami:
– Ale ona ma szczęście! Zawsze jej wszystko wychodzi.

A ja codziennie wracałam do pustego mieszkania (rodzice rozwiedli się tuż przed moją maturą) i płakałam w poduszkę. Mama wyjechała do Niemiec „za chlebem”, ojciec został w naszym starym mieszkaniu i prawie się do mnie nie odzywał.

Na studiach w Warszawie próbowałam zacząć od nowa. Poznałam kilka osób na roku, ale nigdy nie czułam się częścią żadnej paczki. Zawsze byłam gdzieś obok – zaproszona na imprezę z litości albo dlatego, że ktoś potrzebował notatek.

Pewnego dnia zadzwoniła mama:
– Kinga, wróciłam na chwilę do Polski. Może byśmy się spotkały?

Zgodziłam się bez przekonania. Spotkałyśmy się w kawiarni na Nowym Świecie. Mama wyglądała inaczej – zmęczona, postarzała o dziesięć lat.
– Jak ci idzie? – zapytała.
– Dobrze – skłamałam automatycznie.
– Wyglądasz na szczęśliwą.

Uśmiechnęłam się sztucznie i spuściłam wzrok na filiżankę kawy.

Po powrocie do mieszkania długo siedziałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Zastanawiałam się, ile jeszcze będę musiała udawać przed wszystkimi – przed mamą, znajomymi ze studiów, nawet przed samą sobą.

Czasem myślę: może gdybym była inna – ładniejsza, odważniejsza, bardziej przebojowa – naprawdę miałabym to niesamowite szczęście, o którym wszyscy mówią? Ale czy wtedy byłabym sobą? Czy ktoś pokochałby prawdziwą Kingę Wydrowską?

Może każdy z nas nosi w sobie jakąś „wydrę” – coś, czego się wstydzi i co próbuje ukryć przed światem? Może warto czasem przestać udawać i po prostu być sobą? Co o tym myślicie?