Cienie w nadmorskim azylu: Opowieść Zofii

– Zosiu, przyjeżdżaj natychmiast! – głos Wandy drżał z emocji, a ja poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła. Spojrzałam na teściową, która właśnie nalewała mi żur do talerza. Jej twarz zastygła w niepokoju, jakby przeczuwała, że ta noc nie przyniesie nam spokoju.

– Co się stało? – zapytałam, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie.

– Do twojego domu ktoś się włamał! Drzwi są otwarte, światła się palą… Zosiu, boję się tam wejść sama!

Nie pamiętam, jak wybiegłam z domu. Słony wiatr uderzył mnie w twarz, a piasek pod stopami był zimny i wilgotny. Teściowa krzyczała za mną, żebym zaczekała na policję, ale nie mogłam – musiałam zobaczyć na własne oczy, co się stało. Przez całą drogę do mojego domu miałam przed oczami twarz mojego męża, Pawła, który od kilku miesięcy pracował za granicą. Zostawił mnie tu samą z naszą córką Hanią i wszystkimi problemami.

Wanda stała przed furtką, owinięta szalem. Jej oczy były szeroko otwarte ze strachu.

– Zosiu… drzwi były otwarte na oścież. Nikogo nie widziałam, ale…

– Dziękuję, Wanda. Idź do siebie, ja już dalej sama – powiedziałam drżącym głosem.

Weszłam do środka. W domu panował dziwny półmrok – światło w kuchni migotało, a w powietrzu unosił się zapach mokrej ziemi i… czegoś jeszcze. Strachu? Zdrady? Sama nie wiem. Przeszłam przez korytarz i zobaczyłam rozrzucone zdjęcia z rodzinnego albumu. Na jednym z nich Paweł obejmował mnie na plaży, śmialiśmy się wtedy z Hanią, jeszcze zanim wszystko zaczęło się psuć.

Nagle usłyszałam cichy szelest na górze. Zamarłam. Każdy krok wydawał się głośniejszy od poprzedniego. Weszłam po schodach i zobaczyłam uchylone drzwi do sypialni Hani. Serce mi stanęło – czy ona tam jest? Pobiegłam do łóżka – puste. Przypomniałam sobie, że Hania została u koleżanki na noc. Ulga zmieszała się z nową falą lęku.

Wtedy zobaczyłam na poduszce list. Drżącymi rękami rozdarłam kopertę:

„Zosiu, prawda zawsze wypływa na powierzchnię. Nie uciekaj przed nią.”

Nie było podpisu. Poczułam zimny pot na plecach. Ktoś wiedział o mnie coś, czego nawet ja nie chciałam pamiętać.

Następnego dnia cała wieś huczała od plotek. Wanda rozpowiadała wszystkim o nocnym włamaniu, a ja czułam na sobie spojrzenia sąsiadów – pełne współczucia i ciekawości zarazem. Teściowa patrzyła na mnie podejrzliwie.

– Zosiu, czy ty czegoś przede mną nie ukrywasz? – zapytała przy śniadaniu.

– Mamo, sama nie wiem, co się dzieje…

– Paweł dzwonił wczoraj wieczorem. Mówił, że nie może się do ciebie dodzwonić od kilku dni.

Zacisnęłam usta. Nie powiedziałam jej o naszej ostatniej kłótni przez telefon – o tym, jak wykrzyczałam mu w słuchawkę, że mam już dość jego nieobecności i samotności w tej przeklętej wiosce.

Wieczorem przyszła do mnie Wanda.

– Zosiu… muszę ci coś powiedzieć – zaczęła niepewnie. – Widziałam wczoraj kogoś pod twoim domem. To był… twój brat, Michał.

Zamarłam. Michał od lat nie pojawiał się we wsi po tym, jak ojciec wyrzucił go z domu za długi i pijaństwo. Ostatni raz widziałam go na pogrzebie mamy – wtedy nawet nie spojrzał mi w oczy.

– Jesteś pewna?

– Tak. Poznałabym go wszędzie.

Całą noc nie mogłam zasnąć. Wspomnienia wracały falami: dzieciństwo z Michałem, jego pierwsze kłopoty z prawem, ojciec krzyczący na niego przy stole… I ten jeden wieczór sprzed lat, kiedy to ja zamknęłam przed nim drzwi i powiedziałam: „Nie chcę cię tu więcej widzieć.”

Następnego dnia pojechałam do miasta. Musiałam go znaleźć. Przeszukiwałam dworce, pytałam po barach – wszędzie słyszałam tylko: „Nie widzieliśmy go.” W końcu trafiłam do starego warsztatu samochodowego na obrzeżach miasta.

– Michał? Był tu wczoraj – powiedział właściciel warsztatu. – Szukał pracy, ale wyglądał… źle. Powiedziałem mu, żeby wrócił jutro.

Czekałam tam do wieczora. W końcu zobaczyłam go – wychudzonego, zarośniętego, z oczami pełnymi bólu i gniewu.

– Czego chcesz? – rzucił oschle.

– Michał… ktoś włamał się do mojego domu. Wanda mówiła, że cię widziała pod furtką…

– To nie ja! – wykrzyknął gwałtownie. – Chciałem tylko zobaczyć dom… nasz dom…

Patrzyliśmy na siebie przez długą chwilę w milczeniu.

– Dlaczego wróciłeś?

– Bo nie mam już dokąd pójść – wyszeptał.

Zabrałam go do siebie na noc. Teściowa była oburzona:

– Po tym wszystkim chcesz go tu przyjąć? Przecież on cię okradnie!

– To mój brat – odpowiedziałam cicho.

Przez kolejne dni próbowałam odbudować z nim relację. Michał był zamknięty w sobie, ale czasem pozwalał sobie na krótkie przebłyski dawnych uczuć: uśmiech dla Hani, wspólne gotowanie obiadu… Jednak cień podejrzenia wisiał nad nami cały czas.

Pewnej nocy znów usłyszałam hałas w domu. Tym razem to Michał stał w kuchni z butelką wódki w ręku.

– Nie potrafię inaczej… – powiedział cicho.

– Pomogę ci – obiecałam mu wtedy.

Ale następnego ranka obudziły mnie krzyki teściowej:

– Zosiu! Twój brat ukradł mi pieniądze!

Michała już nie było. Zostawił tylko kartkę: „Przepraszam.”

Wtedy zadzwonił Paweł:

– Wracam do domu. Musimy porozmawiać.

Kiedy przyjechał kilka dni później, patrzył na mnie z wyrzutem:

– Dlaczego zawsze musisz wszystkich ratować? A kto uratuje ciebie?

Nie miałam odpowiedzi na to pytanie. Czułam się rozdarta między lojalnością wobec rodziny a własnym szczęściem.

Minęły tygodnie. Michał odezwał się raz jeszcze – listem z ośrodka leczenia uzależnień:

„Dziękuję ci za wszystko. Może kiedyś będziemy mogli znów być rodziną.”

Siedzę teraz przy oknie mojego domu nad morzem i patrzę na fale rozbijające się o brzeg. Myślę o tym wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie miesiące: o strachu, zdradzie i nadziei.

Czy można naprawdę uciec przed przeszłością? Czy rodzina to coś więcej niż tylko wspólna krew? Może czasem trzeba pozwolić odejść tym, których kochamy najbardziej?