„Nie jestem paczką do oddania” — długo odpychałem rodzinę zastępczą, bo byłem pewny, że i tak ze mnie zrezygnują
„Jak znowu macie mnie oddać, to powiedzcie od razu, a nie udawajcie” — to było pierwsze, co powiedziałem, kiedy usiedliśmy przy stole pierwszego wieczoru.
Miałem wtedy trzynaście lat i byłem już po kilku miejscach. Najpierw pogotowie opiekuńcze, potem placówka, potem jedna rodzina zastępcza, u której wytrzymałem kilka miesięcy. Oficjalnie „trudności wychowawcze”. Nieoficjalnie — byłem wkurzony na cały świat, nikomu nie wierzyłem i sprawdzałem, jak szybko ktoś się mną zmęczy.
W domu dziecka człowiek szybko się uczy, żeby nie przywiązywać się za bardzo. Ciocie były różne, wychowawcy też. Jedni naprawdę się starali, inni robili swoje i szli do domu. Dzieci przychodziły i odchodziły. Ktoś nagle jechał do rodziny zastępczej, ktoś wracał, ktoś był adoptowany. Człowiek słyszał: „Teraz będzie lepiej”, a potem się okazywało, że wcale nie jest.
Do Nowaków trafiłem przez PCPR. Pamiętam, że pani z ośrodka mówiła w aucie: „Daj im szansę”. Tylko że ja już wcześniej dawałem szanse i kończyło się tak samo. Oni mieszkali w zwykłym bloku w średnim mieście, żaden wielki dom z ogrodem jak z ulotki. Mały pokój dla mnie, biurko po kimś z rodziny, nowe pościele, kubek z moim imieniem. To mnie właśnie najbardziej zdenerwowało.
„Po co ten kubek?” — spytałem.
„Bo to twój kubek” — odpowiedziała spokojnie.
„Na razie.”
Nie zaprzeczyła od razu. I to mnie jeszcze bardziej nakręciło.
Pierwsze tygodnie byłem nie do wytrzymania. W szkole dzwonili, że wdaję się w pyskówki. W domu trzaskałem drzwiami, potrafiłem nie odzywać się cały dzień albo specjalnie mówić coś chamskiego. Jak pytali, czy zjem obiad, mówiłem: „Nie udawajcie rodziny”. Jak pytali, czy potrzebuję butów na WF, odpowiadałem: „A co was to obchodzi?”.
Prawda jest taka, że sam prowokowałem. Chciałem mieć to odhaczone: oni też w końcu powiedzą, że mają dość.
Najgorzej było przed świętami. Usłyszałem, jak rozmawiają w kuchni. Nie wszystko, tylko urywki: „tak się nie da”, „trzeba porozmawiać”, „nie wiem, czy podołamy”. Stanąłem wtedy w przedpokoju i od razu wybuchłem.
„No i super. Wiedziałem. Kiedy wracam?”
Opiekun patrzył na mnie kilka sekund i powiedział: „Nigdzie nie wracasz. Rozmawiamy o tym, że potrzebujemy wsparcia, bo wszyscy sobie z tym nie radzimy, a nie o tym, żeby cię oddać”.
Nie uwierzyłem. Uznałem, że tylko ładnie to ubierają w słowa.
Kilka dni później zrobiłem coś głupiego. W szkole zginęły pieniądze z szatni i od razu padło na mnie, bo byłem „ten z placówki”. Nie ukradłem ich, ale zamiast powiedzieć w domu, co się stało, uciekłem po lekcjach i pół dnia siedziałem na dworcu. Telefon wyciszony. W domu była panika, szukali mnie z policją. Kiedy wróciłem wieczorem, pierwszy raz zobaczyłem, że oni naprawdę się bali.
Myślałem, że będzie awantura. A opiekunka tylko usiadła w przedpokoju i powiedziała drżącym głosem:
„Możesz być na nas zły. Możesz nam nie ufać. Ale nie rób nam więcej czegoś takiego. My nie zniknęliśmy”.
To było dziwne, bo nie brzmiała jak ktoś, kto chce się mnie pozbyć. Bardziej jak ktoś zmęczony i przestraszony.
Potem wyszło też, że oni nie byli tacy idealni, jak myślałem. Mieli swoje ograniczenia. Opiekun pracował po godzinach, brał zlecenia, bo spłacali kredyt. Opiekunka wróciła wcześniej do pracy, choć planowała inaczej, bo nie domykał im się budżet. A ja sobie wymyśliłem, że jak ktoś mnie bierze do rodziny, to ma mieć nieskończoną cierpliwość, czas i pieniądze.
Na jednej z wizyt u psycholożki z organizatora pieczy usłyszałem coś, co mnie wkurzyło, ale było prawdziwe. Powiedziała: „Ty cały czas czekasz na odrzucenie i robisz wszystko, żeby je przyspieszyć. Wtedy przynajmniej masz kontrolę”.
Wracając, powiedziałem tylko: „To nie działa tak prosto”.
A opiekunka odpowiedziała: „Wiem. Dlatego dalej jedziemy razem do domu”.
Przełom nie był jakiś filmowy. Nie przytuliłem się nagle i nie powiedziałem, że ich kocham. Bardziej chodziło o małe rzeczy. Że zostawiali mi światło w kuchni, jak wracałem z treningu. Że opiekun przyszedł na wywiadówkę, chociaż musiał urwać się z pracy. Że jak rozwaliłem telefon, to nie usłyszałem: „Niewdzięcznik”, tylko: „Siadamy i ustalamy, jak to naprawić”.
Ja też powoli przestałem grać twardego cały czas. Raz sam powiedziałem, że boję się, że mnie odeślą. Cisza była chyba z minutę. Potem opiekun powiedział:
„Nie obiecam ci, że nigdy się nie pokłócimy i że zawsze będzie łatwo. Ale nie jesteś paczką do oddania”.
Chyba pierwszy raz naprawdę to do mnie dotarło.
Kiedy po jakimś czasie zapytali, czy zgodzę się, żeby zaczęli procedurę adopcji, nie odpowiedziałem od razu. Bałem się, że jak się zgodzę i coś się posypie, to będzie jeszcze gorzej. Powiedziałem tylko: „A jak wam przejdzie?”
Opiekunka się wtedy zaśmiała przez łzy i odparła: „To nie zachcianka. To rodzina”.
Formalności trwały długo: sąd, opinie, papiery, wizyty. Strasznie tego nie lubiłem, bo miałem wrażenie, że obcy ludzie decydują, czy ktoś może mnie naprawdę chcieć. Ale kiedy w końcu zapadła decyzja, wyszliśmy z sądu i przez chwilę nikt nic nie mówił. Potem opiekun klepnął mnie w ramię i zapytał: „To co, jedziemy na schabowego czy pizzę?”
I właśnie to było najbardziej nasze. Bez wielkich słów.
Dzisiaj wiem, że nie tylko ja miałem swoją traumę. Oni też musieli nauczyć się, jak być ze mną, kiedy odpychałem ich najmocniej. Ja ich sprawdzałem, oni czasem mówili nie to, co trzeba, ja uciekałem, oni bywali bezradni. Nikt nie był idealny. Ale chyba właśnie dlatego to w końcu zadziałało.
Do dziś mam problem z proszeniem o pomoc i zaufaniem ludziom od razu. Tego się nie wyłącza jednym papierem z sądu. Ale już nie myślę o sobie jak o kimś „na chwilę”.
Ciekaw jestem, czy ktoś z was był w rodzinie zastępczej, adoptował dziecko albo dorastał w placówce. Jak buduje się takie zaufanie, kiedy człowiek od początku zakłada, że zaraz wszystko straci?