W sylwestra postawiłem rodziców pod ścianą, a oni musieli wybrać między mną a własnymi uprzedzeniami

– Ty sobie chyba jaja robisz – powiedział mój ojciec tak głośno, że nawet ciotka Jola odłożyła widelec. – To ma być twoja narzeczona?

I tak się właśnie zaczął mój sylwester.

Siedzieliśmy u rodziców w Radomiu, jak co roku. Sałatka jarzynowa, śledzie, telewizor w tle, mama latająca między kuchnią a dużym pokojem, ojciec już po dwóch kieliszkach. Wiedziałem, że łatwo nie będzie, ale nie spodziewałem się, że zacznie z grubej rury po dziesięciu minutach.

Patrycja siedziała obok mnie i najpierw jeszcze próbowała się uśmiechać. Miała czarne włosy, kolczyk w nosie, ręce całe w tatuażach, do tego ciemną szminkę. Dla mnie normalnie, po prostu Patrycja. Dla moich rodziców chyba jak przybysz z innej planety.

– Tato, ogarnij się – powiedziałem. – Naprawdę.

– Ja mam się ogarnąć? – prychnął. – Michał, ty zawsze byłeś porządny chłopak. Studia skończyłeś, robota w firmie w Warszawie, a teraz przyprowadzasz… no nie wiem nawet co powiedzieć.

Patrycja wtedy spojrzała na niego i spokojnie mówi:

– Nazywam się Patrycja. Miło mi. I nie trzeba nic zgadywać, mogę sama powiedzieć, kim jestem.

Mama od razu weszła między nas.

– Zostaw już, Zbyszek, daj ludziom zjeść. Patrycjo, a czym się zajmujesz?

I to był moment, kiedy jeszcze mogło pójść jakoś normalnie. Mogło. Ale nie poszło.

– Prowadzę studio tatuażu na Pradze, razem z koleżanką – powiedziała Patrycja. – Robię też szkolenia.

Ciotka Jola tylko mruknęła: „Aha”. Mój ojciec się zaśmiał, takim śmiechem, którego nie znoszę.

– Czyli dzieciom skórę mazgaisz za pieniądze?

– Dorosłym ludziom – odpowiedziała. – I legalnie.

– Legalnie to można i głupoty robić – rzucił.

Ja już czułem, jak mi ręce chodzą. Patrycja kopnęła mnie lekko pod stołem, żebym nie wybuchł. Ona naprawdę się starała. Przywiozła sernik, zagadywała moją mamę, nawet pochwaliła jej uszka, chociaż to przecież nie były żadne święta, tylko odgrzewane po świętach, jak co roku. A ojciec od wejścia patrzył na nią, jakby mu ktoś na dywan wszedł w butach.

– A gdzie wy chcecie mieszkać? – spytała nagle mama, ale takim tonem, jakby już wiedziała, że odpowiedź jej się nie spodoba.

– Na razie wynajmujemy na Gocławiu – powiedziałem. – A od wiosny chcemy brać kredyt.

Ojciec odłożył kieliszek.

– Kredyt? Z nią?

– Tak, z nią.

– Michał, ty wiesz, jakie są teraz czasy? Raz klient przyjdzie, raz nie przyjdzie. Dzisiaj tatuaże, jutro może wróżby. Z czego ty chcesz rodzinę utrzymać?

I wtedy Patrycja pierwszy raz się zagotowała.

– Pan myśli, że ja zarabiam gorzej od Michała?

Cisza. Naprawdę taka, że tylko TVN leciał z telewizora.

Ojciec prychnął.

– Nie chodzi tylko o pieniądze.

– No właśnie widzę – powiedziała. – Chodzi o to, jak wyglądam.

Mama wtedy cicho:

– Patrycjo, my po prostu jesteśmy z innego pokolenia…

– Mamo, nie tłumacz go – wciąłem się.

Ale prawda jest taka, że też nie byłem do końca fair. Bo ja im o Patrycji nie mówiłem wszystkiego. Wiedziałem, że jeśli od razu usłyszą „tatuażystka”, „starsza ode mnie o trzy lata”, „ma córkę”, to będzie dramat. Więc odwlekałem. Najpierw powiedziałem tylko, że kogoś mam. Potem, że poważnie. Potem, że się zaręczyliśmy. A o Hani, jej siedmioletniej córce, chciałem powiedzieć po Nowym Roku. Głupie? No głupie. Ale serio bałem się reakcji.

I jakby mało było napięcia, ciotka Jola wypaliła:

– A dzieci to wy kiedy? Bo Michał młody nie będzie wiecznie.

Patrycja spojrzała na mnie. Ja na nią. I już wiedziałem, że zaraz wszystko walnie.

– Patrycja ma córkę – powiedziałem.

Mama aż usiadła.

– Jak to ma córkę?

Ojciec patrzył to na mnie, to na nią.

– Czyli jednak. Nawet tego nie potrafiłeś powiedzieć normalnie rodzinie?

– Bo właśnie tak reagujecie! – wydarłem się. – Dokładnie dlatego!

Patrycja wstała od stołu.

– Michał, nie musisz za mnie krzyczeć.

– Ale muszę, bo oni cię nawet nie chcą poznać!

Ojciec też wstał.

– Ja mam prawo nie chcieć, żeby mój syn pakował się w cudze problemy.

To „cudze problemy” mnie odpaliło.

– Hania nie jest żadnym problemem! To dziecko!

– Nie moje i nie twoje – odburknął.

Mama się popłakała. Ciotka Jola zaczęła: „Spokojnie, spokojnie”, jakby to coś miało dać.

I wtedy Patrycja powiedziała coś, czego ja się nie spodziewałem.

– Wie pan co? Mój były mąż też tak mówił. Że dziecko to problem, że przeze mnie mu życie siada. Potem zniknął na dwa lata i sobie przypomniał, że jest ojcem dopiero jak komornik wszedł na pensję. Więc naprawdę, słyszałam już gorsze rzeczy.

Ojciec zamilkł. Tak po prostu. I to było dziwne, bo on zwykle zawsze ma ostatnie słowo.

Dopiero po chwili powiedział ciszej:

– Myślisz, że ja nie wiem, jak to jest?

Nikt nic nie mówił.

Mama wytarła oczy i syknęła do niego:

– Teraz? Naprawdę teraz?

Ja w ogóle nie wiedziałem, o co chodzi. I wtedy wyszło coś, o czym nie miałem pojęcia przez trzydzieści dwa lata życia.

Ojciec powiedział, że zanim poznał mamę, był zaręczony z kobietą, która miała syna. Dziadek mu zabronił się z nią wiązać. Powiedział, że ma nie brać „bab z dziećmi”, bo sobie zmarnuje życie. Ojciec odpuścił. Po prostu. A potem tamta kobieta wyjechała do Niemiec. I on do dziś, jak wypije, czasem sprawdza ją na Facebooku.

Mama patrzyła na niego tak, jakby słyszała to pierwszy raz. Ja chyba też wyglądałem głupio, bo nic mi się nie składało.

– To dlatego taki jesteś? – zapytałem. – Bo ktoś ci kiedyś coś zabronił i teraz chcesz zrobić to samo mnie?

Ojciec nie odpowiedział od razu. Usiadł i tylko powiedział:

– Ja po prostu wiem, ile to kosztuje. Nie pieniędzy. Nerwów. Tego, że zawsze będziesz ten drugi.

Patrycja też już mówiła spokojniej.

– Może i tak czasem będzie. Ale Michał nie jest z przypadku. I nikt go nie ciągnął na siłę.

Mama wtedy westchnęła i nagle zapytała:

– A ta mała… Hania… wie o waszych zaręczynach?

– Wie – powiedziała Patrycja. – I boi się, że państwo jej nie polubicie.

To chyba trafiło najbardziej. Bo moja mama, jaka by nie była, na słowo „dziecko” mięknie.

Ojciec długo siedział cicho. W końcu nalał sobie wody, nie wódki, i powiedział do Patrycji:

– Nie obiecuję, że wszystko mi się nagle spodoba. Ale… jak chcesz, to przyjedźcie w styczniu na obiad. Z małą też.

Patrycja spojrzała na mnie, jakby sama nie wiedziała, czy to nie jest jakiś kolejny przytyk.

– Naprawdę? – spytałem.

– No nie będziemy przecież robić wojny – burknął. – Tylko bez ściemy od teraz. Wszystko mówicie normalnie.

Mama od razu podchwyciła, że upiekła dwa serniki i Hania pewnie lubi ten z brzoskwinią, chociaż skąd miała wiedzieć. Ciotka Jola też nagle zrobiła się miła i zaczęła pytać o studio, czy boli taki tatuaż na żebrach. Typowe.

Nie powiem, żeby od tej chwili było jak w filmie. Nie było. Ojciec nadal patrzył na tatuaże Patrycji jak na zadanie z fizyki. Ja dalej miałem do niego żal za te teksty. I do siebie też, bo gdybym nie ukrywał Hani, może nie wybuchłoby to wszystko przy śledziu i sałatce.

Ale nie wyszliśmy. Nie trzasnąłem drzwiami, chociaż byłem o sekundę od tego. O północy wyszliśmy razem przed blok obejrzeć fajerwerki i mama dała Patrycji szalik, bo było zimno. Niby nic, ale jednak coś.

Teraz już po wszystkim myślę, że najgorsze w tym nie były nawet tatuaże ani gadanie ojca, tylko to, że każdy przyszedł do tego stołu z własnym strachem i udawał, że chodzi o zasady. Ja też. I dalej nie wiem, czy dobrze zrobiłem, stawiając ich pod ścianą akurat wtedy. A wy co byście zrobili na moim miejscu: powiedzieli wszystko od razu i ryzykowali awanturę wcześniej, czy też próbowali przeczekać do „lepszego momentu”?