Oddałem siostrę do ośrodka, choć obiecałem mamie, że się nią zajmę. Po jej śmierci nie umiem sobie tego wybaczyć
„Jak ty sobie to wyobrażasz?” — Magda stała przy zlewie i prawie krzyczała szeptem, żeby dzieci w pokoju obok nie słyszały. „Ja już nie dam rady. Albo znajdziemy Zuzi miejsce, albo ja się stąd wyprowadzam z Olą i Kubą.”
Do dziś mi dzwoni to zdanie w uszach. I najgorsze jest to, że wtedy od razu pomyślałem: szantaż. A teraz już sam nie wiem.
Moja siostra, Zuzia, była ode mnie młodsza o sześć lat. Miała niepełnosprawność intelektualną od urodzenia. Mama zawsze mówiła, że „taka jest nasza Zuzieńka” i że najważniejsze, żeby miała przy sobie swoich. Ojca praktycznie nie pamiętam, zwinął się, jak byłem dzieciakiem. Wszystko było na mamie. A potem mama zachorowała. Rak trzustki, szybko poszło. W hospicjum domowym w Radomiu, na dwa dni przed śmiercią, złapała mnie za rękę i powiedziała: „Sławek, obiecaj mi, że Zuzi nie oddasz obcym ludziom.” Obiecałem. Bez zastanowienia. Co miałem powiedzieć?
Na początku naprawdę wierzyłem, że dam radę. Mieliśmy z Magdą trzypokojowe mieszkanie na Ustroniu, kredyt, dwójkę dzieci, ja pracowałem w hurtowni budowlanej pod Radomiem, ona w aptece. Zuzia zamieszkała z nami. Myślałem: jakoś to będzie. Tylko że „jakoś” trwało może trzy tygodnie.
Zuzia nie była agresywna, żeby było jasne. Ale trzeba ją było pilnować cały czas. Potrafiła o trzeciej w nocy wstać, ubierać kurtkę i mówić, że jedzie do mamy. Raz odkręciła gaz, bo chciała „ugotować herbatkę dla lalek”. Innym razem wyszła sama z bloku i znalazła ją policja przy Żeromskiego, zapłakaną, bez telefonu, bo nawet nie pamiętała adresu. Dzieci zaczęły się jej bać, choć ją lubiły. Kuba miał wtedy siedem lat, raz mi powiedział: „Tata, ciocia jest fajna, ale czemu krzyczy na ścianę?”
Magda na początku się starała. Serio. Załatwiała papiery do MOPS-u, chodziła ze mną do lekarza psychiatry, dzwoniła do PCPR-u pytać o środowiskowy dom samopomocy. Tylko ja to widziałem wtedy inaczej. Jak ona mówiła: „Musimy poszukać dziennej opieki”, to ja słyszałem: „Pozbądźmy się problemu”.
A potem zaczęły się jazdy. O to, że Zuzia weszła Oli do pokoju i porwała jej zeszyt. O to, że Magda nie może spokojnie wziąć prysznica, bo boi się, że Zuzia wyjdzie z domu. O to, że ja wracam z roboty i mówię tylko: „Zmęczony jestem”, a ona od szóstej rano ogarnia wszystko. Raz rzuciła we mnie ścierką i powiedziała: „Ty złożyłeś obietnicę mamie, nie ja.” Wkurzyłem się wtedy strasznie. Powiedziałem coś okropnego, że jakby miała więcej serca, to by zrozumiała. Do dziś się tego wstydzę.
Najbardziej byłem zły, kiedy Magda powiedziała, że Zuzia nie może zostać sama z dziećmi nawet na dziesięć minut. Uznałem, że przesadza. Tylko że kilka dni później Ola przyszła do mnie i takim cichym głosem mówi: „Tato, ciocia kazała mi nie mówić mamie, ale dała Kubie swoje tabletki, bo bolał go brzuch.” To nie były jakieś mocne leki, ale jednak. Magda wtedy tylko na mnie spojrzała. Nic nie powiedziała. I to było gorsze.
Próbowaliśmy różnych rzeczy. Dochodziła opiekunka z MOPS-u, ale na dwie godziny i nie codziennie. W środowiskowym domu samopomocy nie było od razu miejsca. Prywatnej opieki nie było nas stać. Moja ciotka z Pionek mówiła przez telefon: „Rodzina powinna pomóc”, ale jak zapytałem, czy weźmie Zuzię na weekend, to nagle miała chore kolano. Każdy miał zdanie, nikt nie miał czasu.
Przełom był po świętach. Wróciłem wcześniej z pracy i zastałem Magdę siedzącą na podłodze w łazience. Nie płakała nawet, tylko siedziała. Zuzia w kuchni smarowała chleb Nutellą i wkładała kromki do torebki, „dla mamusi”. Magda powiedziała: „Była dziś u nas administracja, bo zalało sąsiadkę z dołu. Zuzia odkręciła wodę i zatkała zlew ręcznikiem. Ja byłam z Kubą u lekarza. Ola była sama w domu z ciocią przez czterdzieści minut.” Potem dodała: „Ja się boję zostawić własne dzieci we własnym mieszkaniu.” I wtedy pierwszy raz naprawdę mi przeszło przez głowę, że może ona nie dramatyzuje.
Ale i tak jeszcze się zapierałem, bo ta obietnica mamie siedziała mi w głowie jak gwóźdź. Wszystko zmieniło jedno spotkanie z panią neurolog, do której chodziła wcześniej mama z Zuzią. Stara lekarka, znała nas lata. Powiedziała do mnie wprost: „Pan nie jest przygotowany do opieki całodobowej. Pańska żona też nie. To nie jest zła wola, tylko fakty.” A potem dorzuciła coś, co mnie ścięło: „Pańska mama od dawna wiedziała, że sama już nie daje rady. Była u mnie i pytała o DPS, tylko się bała, że ludzie powiedzą, że oddaje córkę.”
Normalnie mnie zatkało. Bo całe życie żyłem z przekonaniem, że mama wszystko ogarnia i że tylko ja mam być tym dobrym, który dotrzyma słowa. A wyszło, że ona sama rozważała to, czego mi zakazała. Nie wiem, czy mnie oszczędzała, czy sama siebie.
Jak powiedziałem to Magdzie, nie triumfowała. Tylko usiadła i powiedziała: „Ja nie chcę być tą złą. Ja po prostu już nie mam siły.” I chyba wtedy pierwszy raz od miesięcy usłyszałem ją naprawdę.
Załatwienie miejsca trwało jeszcze kilka miesięcy. Ostatecznie Zuzia trafiła do domu pomocy społecznej pod Kozienicami, do placówki dla osób z niepełnosprawnością intelektualną. Pierwszego dnia uczepiła się mojej kurtki i pytała, kiedy wracamy do domu. Powiedziałem: „Jutro przyjadę.” Przyjechałem po trzech dniach, bo nie byłem w stanie. Tchórzostwo, nie ma co ściemniać.
Potem bywało różnie. Czasem wyglądała tam spokojniej niż u nas. Miała zajęcia, rytm dnia, ludzi, którzy wiedzieli, co robią. Czasem na mój widok obrażała się i nie chciała ze mną gadać. Innym razem przytulała mnie i mówiła: „Sławek, pani Kasia dobra, ale ty jesteś mój brat.” Magda jeździła ze mną rzadziej. Dzieci prawie wcale.
Dwa lata później Zuzia zmarła po zapaleniu płuc. Niby niczyja wina, tak lekarz mówił, ale człowiek i tak szuka. Ciotka oczywiście pierwsza wypaliła na stypie: „Jakby była w domu, to by żyła.” Magda wyszła wtedy do samochodu. Ja nawet jej nie obroniłem, tylko siedziałem jak słup.
I tu jest jeszcze jedna rzecz, o której dowiedziałem się już po pogrzebie. Przeglądałem papiery mamy i znalazłem zeszyt, taki stary, w kratkę. A tam zapisane dyżury, leki, numery do lekarzy i notatki. Jedna była taka: „Sławek ma dobre serce, ale nie rozumie, ile to kosztuje siły. Magda widzi więcej, niż on chce widzieć.” Jak to przeczytałem, to mnie rozwaliło. Bo całe lata byłem święcie przekonany, że bronię mamy i Zuzi przed zimnym światem, a może tak naprawdę broniłem siebie przed poczuciem winy.
Nie chcę z Magdy robić świętej, bo były teksty, których nie powinna mówić. Były momenty, że traktowała Zuzię jak intruza i to mnie bolało. Ale też ja przez długi czas zrzucałem na nią ciężar mojej obietnicy. Łatwo było mówić o rodzinie, kiedy większość dnia byłem w pracy.
Teraz między nami niby jest normalnie, ale nie jest. Jak ktoś wspomni o Zuzi, robi się dziwnie. Dzieci są większe i pamiętają te awantury. Ja sam do dziś nie wiem, czy zawiodłem siostrę, czy po prostu za późno przyjąłem do wiadomości, że miłość nie zawsze wystarcza, a dom to nie to samo co opieka.
Najgorsze, że człowiek chciałby mieć jednego winnego i spokój. A tu się nie da. Była mama ze swoim strachem, byłem ja z uporem, była Magda na granicy wytrzymałości, były dzieci, które też miały prawo czuć się bezpiecznie. I była Zuzia pośrodku tego wszystkiego.
Do dziś, jak przejeżdżam koło tamtego ośrodka, ściska mnie w środku. I serio nie wiem, czy zrobiłbym inaczej, gdybym mógł cofnąć czas, czy tylko chciałbym być lepszym bratem wcześniej. A wy co byście zrobili na moim miejscu?