Po śmierci taty odkryłam, że przez lata żyłam w cudzej wersji naszej rodziny
– Zostaw to, Marta, mówię ci ostatni raz.
Ciotka Ewa dosłownie wyrwała mi z ręki granatową teczkę, tę samą, którą przed chwilą wyjęłam z szuflady w komodzie taty. Jeszcze pachniała jego mieszkaniem na Tarchominie, takim dziwnym miksam Old Spice’a, kurzu i leków. Stałyśmy we trzy w jego sypialni: ja, ciotka i moja starsza siostra Anka. Dwa dni po pogrzebie.
– Co ty robisz? – powiedziałam. – To są rzeczy taty.
– Właśnie. Taty. Nie twoje – odburknęła.
– Ewa, przestań – mruknęła Anka, ale tak bez przekonania.
To mnie od razu uderzyło. Bo Anka od śmierci taty była jakaś dziwna. Za cicha. Wszystko „potem”, wszystko „nie dziś”, wszystko „mama źle to zniesie”. Tylko że naszej mamy nie było z nami od piętnastu lat. Oficjalnie: odeszła, kiedy miałam dziewiętnaście lat, bo nie dawała już rady z tatą i jego wybuchami. Taka wersja była zawsze.
– Jakie „nie moje”? Jestem jego córką – powiedziałam.
– Nie wszystko trzeba ruszać – syknęła ciotka. – Naprawdę chcesz teraz robić cyrk?
No i właśnie przez to słowo „cyrk” otworzyłam tę teczkę. Prawie siłą, bo mi ją ciągnęła. W środku były stare akty urodzenia, odpis z sądu, jakieś koperty, zdjęcia i listy spięte gumką. I jedno pismo z 2004 roku z sądu rodzinnego w Warszawie. Na nazwisko mojej mamy, Joanny. I moje.
Przeczytałam dwa zdania i zrobiło mi się gorąco.
„W przedmiocie ustalenia kontaktów małoletniej Marty Kaczmarek z matką…”
Spojrzałam na Ankę.
– Jakich kontaktów? Przecież mama nas zostawiła.
Anka usiadła na łóżku taty i tylko zakryła twarz rękami. Ciotka powiedziała:
– Nie tak było, ale to nie czas.
– To kiedy? Jak wszyscy umrą?
Ręce mi się trzęsły. Wyciągałam kolejne papiery. Było pismo z MOPS-u, notatki kuratora, jakieś zaświadczenia od psychologa. I listy od mamy. Kilkanaście. Nieotwarte. Wszystkie zaadresowane do mnie. Mój dziecięcy adres. To mieszkanie, w którym wtedy mieszkaliśmy w bloku na Bródnie.
– On ich nawet nie dał? – zapytałam.
Nikt nie odpowiedział.
– On ich nawet nie otworzył?!
Ciotka w końcu usiadła ciężko na krześle.
– Twój ojciec uważał, że tak będzie lepiej.
– Dla kogo lepiej?!
– Dla was obu – wtrąciła Anka i wtedy pierwszy raz się na nią wydarłam.
– Nie mów „was”, jakbyś ty nie była w to wplątana. Wiedziałaś?
Anka zaczęła płakać. Tak zwyczajnie, brzydko, z katarem. I powiedziała coś, czego się po niej nie spodziewałam.
– Wiedziałam od trzech lat. Tata mi powiedział po udarze. Kazał przysiąc, że ci nie powiem.
Myślałam, że ją znienawidzę od razu. Serio. Ale potem powiedziała resztę.
Mama wcale nie wyjechała i nie zniknęła z dnia na dzień. Najpierw była awantura. Duża. Tata pił, wtedy jeszcze bardziej niż później. Podobno popchnął mamę przy mnie, a ona wezwała policję. Potem chciała odejść ze mną, ale sąd na początku dał zabezpieczenie tak, że miałam zostać z tatą do czasu wyjaśnienia, bo mama wynajmowała pokój u koleżanki i nie miała warunków. Anka miała wtedy siedemnaście lat i została z tatą z własnej woli, bo bała się domu dziecka i rozwalania wszystkiego. Tak to Anka ujęła.
– A potem? – zapytałam.
– Potem tata wszystkim opowiadał, że was zostawiła. Babci, sąsiadom, rodzinie. A ona próbowała. Przychodziła pod szkołę. Raz nawet ją widziałam.
– I co?
– Tata zrobił awanturę przy wszystkich.
Usiadłam na podłodze między pudełami z lekami i kablami od ładowarek. I tylko patrzyłam na te koperty. Na moim nazwisku jego charakter pisma: „Nie wydawać”.
Najgorsze jest to, że ja go naprawdę kochałam. Mimo wszystko. Woziłam go po lekarzach po drugim udarze, załatwiałam recepty przez IKP, siedziałam z nim na SOR-ze na Bielańskim po osiem godzin. Kiedy nie trzymał moczu, prałam mu pościel. Jak nie ogarniał opłat, ustawiłam zlecenia stałe. Anka wpadała rzadziej, bo ma dwójkę dzieci i pracę w aptece, więc ja byłam „ta bliżej”. I teraz się okazało, że ja byłam bliżej człowieka, który odebrał mi matkę.
Ale to nie był jeszcze koniec.
W jednej z kopert był wydruk przelewu sprzed roku. Nadawca: Joanna Kaczmarek. Tytuł: „na leczenie Jerzego”. Potem następny i następny. Małe kwoty, po 300, 500 zł. Czyli ona wiedziała. Pomagała mu.
– To jakiś żart? – zapytałam. – Po tym wszystkim ona mu wysyłała pieniądze?
– Bo zadzwoniłam do niej – powiedziała Anka.
– Co?!
– Po udarze. Nie wyrabiałam już. Ty też nie. Potrzebowaliśmy kasy na rehabilitację i prywatne wizyty. NFZ to wiadomo. Czekać miesiącami. Znalazłam do niej numer przez dawną sąsiadkę z Bródna.
– I sobie tak po prostu gadałyście?
– Nie, Marta, nie „gadałyśmy”. Darła się na mnie. Potem płakała. Potem powiedziała, że pomoże, ale ciebie mamy w to nie mieszać, dopóki tata żyje.
To już mi rozwaliło głowę totalnie.
– Dlaczego? – spytałam.
– Bo bała się, że jak wejdziesz z buta w tę prawdę, to go zostawisz. A on był wtedy po udarze, ledwo mówił. Powiedziała, że nie chce mieć na sumieniu tego, że umrze sam.
I co ja mam z tym zrobić? Naprawdę pytam.
Bo z jednej strony mam ochotę pojechać do Gdańska, gdzie teraz mieszka moja matka, rzucić jej te listy na stół i zapytać, czemu dała sobie zamknąć usta. Czemu przez tyle lat nie walczyła bardziej. Czemu nie przyszła, jak skończyłam osiemnaście lat. Czemu pozwoliła, żebym myślała o niej jak o tej, co poszła sobie do nowego życia.
Ale z drugiej strony… widzę też tatę po udarze, jak nie mógł zapiąć guzika i wściekał się na własną rękę. Widzę Ankę, która miała siedemnaście lat i wybrała to, co wtedy wydawało jej się najmniej straszne. Widzę ciotkę Ewę, która pewnie po prostu przez lata pilnowała jednej wersji, bo tak było wygodniej i ciszej. Nikt tu nie jest czysty, ale też nie umiem powiedzieć, że tylko jeden człowiek wszystko zepsuł.
Na razie nie odebrałam od mamy, bo dzwoniła już trzy razy. Tak, Anka oczywiście od razu jej powiedziała, że wiem. Jestem wkurzona na wszystkich. A jednocześnie siedzę z tymi listami i boję się je czytać, bo to już będzie ostateczne. Już nie będzie można wrócić do tej starej historii, choć była fałszywa.
Najbardziej boli mnie chyba to, że całe moje życie rodzinne było trochę ustawione pod cudzą wygodę. A ja jeszcze tego broniłam.
Nie wiem, czy prawda była mi potrzebna właśnie teraz, po jego śmierci. Ale już ją mam i nic z tym nie zrobię. Wy na moim miejscu pojechalibyście do tej matki i chcieli wszystkiego się dowiedzieć, czy odpuścili, żeby nie rozwalać sobie resztek spokoju?