Wróciłam z Włoch, by ratować córkę. To, co odkryłam, rozdarło naszą rodzinę na strzępy…
— Mamo, musisz wrócić. Agata… ona… nie wiem, co robić — głos Marty drżał, a ja poczułam, jak serce ściska mi się w piersi. Stałam na tarasie małego mieszkania w Bolonii, patrząc na rozświetlone włoskie niebo, a w głowie miałam tylko jedno: wracam do Polski.
Lot do Warszawy był jak sen na jawie. Każda minuta dłużyła się niemiłosiernie, a ja wciąż słyszałam w głowie słowa Marty. „Agata mieszka w samochodzie. Jest w ciąży. Nie chce z nikim rozmawiać.” Moja adoptowana córka, ta, którą kochałam jak własną, była teraz sama, zagubiona, a ja byłam setki kilometrów od niej. Przeklinałam siebie za to, że wyjechałam, że zostawiłam je same, że nie zauważyłam, jak bardzo Agata potrzebuje pomocy.
Gdy tylko wysiadłam z samolotu, zadzwoniłam do Marty. — Gdzie ona jest? — spytałam, ledwo powstrzymując łzy. — Na parkingu przy starym Tesco, na Pradze. Śpi w samochodzie od tygodnia. Nie chce wrócić do domu. Mówi, że nie może… — głos córki załamał się. — Mamo, ona jest w piątym miesiącu ciąży. Wygląda okropnie.
Pojechałam tam od razu. Była noc, padał deszcz, a ja szłam przez pusty parking, szukając znajomego auta. W końcu zobaczyłam ją — skuloną na tylnym siedzeniu, z twarzą przy szybie. Zapukałam. — Agata, to ja. Proszę, otwórz.
Otworzyła drzwi, spojrzała na mnie oczami pełnymi bólu i wstydu. — Po co przyjechałaś? — wyszeptała. — Przecież mnie nie chciałaś.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek innego. — Agata, kocham cię. Zawsze cię kochałam. Proszę, wróć do domu. Pomogę ci. — Wyciągnęłam do niej rękę, a ona przez chwilę patrzyła na nią, jakby nie wiedziała, co zrobić. W końcu wysiadła, a ja objęłam ją mocno, czując, jak drży.
Zabrałam ją do domu. Marta czekała na nas, a gdy zobaczyła Agatę, rzuciła się jej na szyję. — Przepraszam, że cię zostawiłam — szlochała. Agata nie odpowiedziała. Była jak cień samej siebie.
Przez kolejne dni próbowałam dowiedzieć się, co się stało. Agata milczała. Nie chciała rozmawiać, nie chciała jeść, nie chciała żyć. W końcu, pewnej nocy, usiadła na moim łóżku i zaczęła mówić. — On mnie zostawił, mamo. Powiedział, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Że dziecko to mój problem. — Zaczęła płakać. — A ja… ja nie mam nikogo. Nawet ty wyjechałaś.
Przytuliłam ją, czując, jak łamie mi się serce. — Masz mnie, masz Martę. Zawsze będziemy przy tobie.
Ale to nie był koniec. Kilka dni później zadzwonił do mnie nieznany numer. — Pani Anna Nowak? — Tak, słucham. — Tu policja. Musi pani przyjechać na komisariat. Chodzi o Agatę.
Serce mi zamarło. Na komisariacie dowiedziałam się, że Agata była zamieszana w kradzież. Ukradła pieniądze z pracy, żeby zapłacić za mieszkanie, zanim została wyrzucona. — Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy ją zgłosić — powiedział jej szef. — Ale proszę jej pomóc. To dobra dziewczyna, tylko pogubiła się.
Wróciłam do domu z ciężkim sercem. — Agata, dlaczego mi nie powiedziałaś? — spytałam. — Bałam się. Myślałam, że mnie wyrzucisz. Że już mnie nie chcesz. — Jej głos był cichy, pełen rozpaczy.
Wtedy Marta wybuchła. — Zawsze wszystko ukrywasz! Nigdy nie mówisz prawdy! Przez ciebie mama musiała wrócić z Włoch! — krzyczała, a Agata patrzyła na nią z nienawiścią. — Ty zawsze byłaś tą lepszą! Ja byłam tylko dodatkiem!
Zrozumiałam, że przez lata nie zauważałam, jak bardzo Agata czuła się obca. Adoptowałam ją, gdy miała sześć lat. Myślałam, że wystarczy miłość, by zbudować rodzinę. Ale nie widziałam jej bólu, jej poczucia odrzucenia. Marta była moją biologiczną córką, Agata — tą „drugą”. Choć starałam się kochać je tak samo, nie zawsze mi wychodziło.
Pewnej nocy Agata zniknęła. Zostawiła tylko kartkę: „Nie szukajcie mnie. Muszę sobie poradzić sama.” Szukałyśmy jej z Martą przez dwa tygodnie. W końcu znalazłam ją w szpitalu. Poroniła. Była sama, bez nikogo. Gdy weszłam do sali, spojrzała na mnie z wyrzutem. — Gdybyś mnie kochała, nie musiałabym przez to przechodzić sama.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Usiadłam przy jej łóżku i płakałam. — Przepraszam, Agata. Przepraszam za wszystko. Za to, że nie byłam przy tobie, gdy mnie potrzebowałaś. Za to, że nie widziałam twojego bólu.
Po wyjściu ze szpitala Agata zamieszkała u mnie. Przez długi czas nie rozmawiałyśmy. Marta wyjechała do Krakowa, nie mogąc znieść napięcia w domu. Nasza rodzina rozpadła się na kawałki. Każda z nas została sama ze swoim bólem.
Pewnego dnia Agata przyszła do mnie z listem. — To od mojej biologicznej matki. Znalazła mnie przez Facebooka. Chce się spotkać. — Spojrzała na mnie niepewnie. — Co mam zrobić?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bałam się, że ją stracę. Ale wiedziałam, że muszę pozwolić jej odejść, jeśli tego potrzebuje. — Zrób to, co czujesz. Ja zawsze będę przy tobie, jeśli będziesz mnie potrzebować.
Agata spotkała się z matką. Po powrocie powiedziała tylko: — Ona nie jest taka, jak myślałam. Ale przynajmniej wiem, kim jestem.
Dziś, po roku od tych wydarzeń, nasza rodzina wciąż jest rozbita. Marta nie wróciła, Agata mieszka sama. Ja zostałam z pytaniami, na które nie umiem odpowiedzieć. Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy miłość wystarczy, by zbudować rodzinę? Czy prawda zawsze jest lepsza od kłamstwa?
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy byłam dobrą matką? Czy można naprawić to, co zostało zniszczone? Może wy też macie podobne doświadczenia? Jak poradzić sobie z bólem, którego nie da się cofnąć?