Jak modlitwa pomogła mi przetrwać natarczywość sąsiada i gniew męża
Stałam w kuchni, kiedy usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi. Był piątkowy wieczór, a ja właśnie kończyłam kroić marchewkę do rosołu. Zdziwiłam się, bo nie spodziewałam się nikogo. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam na wycieraczce bukiet czerwonych róż, przewiązany złotą wstążką. Obok stał pan Zbyszek, nasz sąsiad z trzeciego piętra, z nieśmiałym uśmiechem na twarzy. „To dla pani, pani Marto. Tak po prostu, żeby pani dzień był piękniejszy” – powiedział, a ja poczułam, jak robi mi się gorąco na policzkach.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Zawsze był uprzejmy, czasem zamienialiśmy kilka słów na klatce schodowej, ale nigdy nie przekraczał granic. Uśmiechnęłam się nerwowo, podziękowałam i zamknęłam drzwi. Wtedy właśnie wszedł do kuchni mój mąż, Tomek. „Co to za kwiaty?” – zapytał, patrząc na mnie podejrzliwie. „Od sąsiada, po prostu…” – zaczęłam tłumaczyć, ale widziałam, że już nie słucha. Jego twarz stężała, a w oczach pojawił się cień gniewu. „To nie jest normalne, żeby facet przynosił ci kwiaty. Coś mu obiecałaś?” – rzucił z wyrzutem. Poczułam, jak ściska mnie w gardle.
Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta. Tomek chodził naburmuszony, rzucał kąśliwe uwagi, a ja czułam się jak oskarżona o coś, czego nie zrobiłam. Pan Zbyszek zaczął coraz częściej pojawiać się na korytarzu, przynosił mi czekoladki, zostawiał liściki z życzeniami miłego dnia. Próbowałam go unikać, ale on zawsze znajdował pretekst, żeby zamienić ze mną kilka słów. „Pani Marta, może kawa? Tak tylko, sąsiedzko” – mówił, a ja coraz bardziej czułam się osaczona.
Tomek nie wierzył w moje tłumaczenia. „Może ci się to podoba? Może sama go prowokujesz?” – pytał, a ja płakałam po nocach, nie wiedząc, jak mam mu udowodnić swoją niewinność. Zaczęłam się modlić. Każdego wieczoru klękałam przy łóżku i prosiłam Boga o siłę, o spokój, o to, żeby ta sytuacja się skończyła. Czułam, że tracę grunt pod nogami, że nie mam już wpływu na to, co się dzieje wokół mnie.
Pewnego dnia, kiedy wracałam z pracy, pan Zbyszek czekał na mnie pod blokiem. „Pani Marta, muszę z panią porozmawiać. Jest pani taka piękna, taka dobra… Ja wiem, że pani mąż pani nie docenia. Ja bym panią uszczęśliwił” – powiedział, a ja poczułam, jak ogarnia mnie panika. „Proszę przestać. Proszę mnie zostawić w spokoju” – odpowiedziałam stanowczo, choć głos mi drżał. Wbiegłam po schodach, trzaskając drzwiami.
Wieczorem opowiedziałam Tomkowi o tej rozmowie. Myślałam, że wreszcie mi uwierzy, że zrozumie, jak bardzo się boję. Ale on tylko wzruszył ramionami. „Może ci się to podobało? Może sama go zachęcasz?” – powtórzył, a ja poczułam, że już nie mam siły walczyć. Przestałam rozmawiać z Tomkiem, zamknęłam się w sobie. W pracy byłam rozkojarzona, w domu czułam się obca.
Zaczęłam coraz więcej czasu spędzać w kościele. Siadałam w ostatniej ławce i modliłam się o spokój, o to, żeby ktoś mnie wysłuchał. Pewnego dnia podeszła do mnie starsza pani, pani Helena, która często widywałam na mszy. „Dziecko, widzę, że coś cię trapi. Może chcesz porozmawiać?” – zapytała cicho. Wybuchłam płaczem i opowiedziałam jej wszystko. Słuchała mnie uważnie, nie przerywała. „Wiesz, czasem ludzie nie widzą, jak bardzo ranią innych. Twój mąż się boi, że cię straci. Sąsiad szuka bliskości, ale nie rozumie, że przekracza granice. Ty jesteś między młotem a kowadłem. Ale pamiętaj, że Bóg zawsze cię wysłucha. Nie jesteś sama” – powiedziała, ściskając mnie za rękę.
Te słowa dały mi siłę. Postanowiłam działać. Następnego dnia napisałam list do pana Zbyszka, w którym jasno wyjaśniłam, że jego zachowanie jest dla mnie niekomfortowe i proszę, żeby przestał mnie zaczepiać. Oddałam mu wszystkie prezenty, które od niego dostałam. Był zaskoczony, ale chyba zrozumiał, bo od tamtej pory przestał mnie zaczepiać.
Z Tomkiem było trudniej. Przez długi czas nie potrafiliśmy rozmawiać. On zamknął się w sobie, ja wciąż czułam żal i rozczarowanie. Dopiero po kilku miesiącach, kiedy zobaczył, jak bardzo się zmieniłam, jak dużo czasu spędzam na modlitwie i jak bardzo się staram, zaczął się otwierać. „Przepraszam, Marto. Bałem się, że cię stracę. Wiem, że cię zraniłem” – powiedział pewnego wieczoru, a ja poczułam, że wreszcie mogę odetchnąć.
Dziś wiem, że bez wiary i modlitwy nie przetrwałabym tego wszystkiego. To one dały mi siłę, żeby walczyć o siebie i o naszą rodzinę. Czasem zastanawiam się, ilu ludzi wokół nas przeżywa podobne dramaty, ale boi się o nich mówić. Czy naprawdę musimy cierpieć w milczeniu? Czy nie lepiej czasem zaufać komuś, poprosić o pomoc, zanim będzie za późno?
Może ktoś z was też przeżył coś podobnego? Jak sobie z tym poradziliście? Czy modlitwa i wiara pomogły wam znaleźć spokój, kiedy wszystko wokół się waliło?