Wyszłam z domu z pękniętą walizką, kiedy własny syn zatrzasnął mi drzwi przed nosem

— Mamo, nie rób scen. — Krzysztof nawet nie podniósł głosu. To było najgorsze. Ten spokój, jakby mówił o wyniesieniu śmieci, a nie o mnie.

Stałam w przedpokoju, w płaszczu, który pamiętał jeszcze czasy, gdy w sklepach stało się w kolejkach po wszystko, i trzymałam walizkę z pękniętym kółkiem. Kółko odpadło wczoraj, kiedy próbowałam ją przeciągnąć po kafelkach. Teraz walizka szurała po podłodze jak wyrzut sumienia.

— Ja nie robię scen… ja tylko pytam, dokąd mam iść — powiedziałam, a mój głos zabrzmiał obco, jakby należał do kogoś innego.

Krzysztof stał w progu ze skrzyżowanymi ramionami. Za nim, w salonie, Marzena opierała się o framugę i uśmiechała się tym półuśmiechem, który ludzie mają, kiedy wreszcie dopięli swego. W telewizorze leciał jakiś program śniadaniowy, ktoś się śmiał, ktoś mieszał sałatkę, a ja miałam wrażenie, że to inny świat, do którego już nie mam wstępu.

— Mamo, my nie jesteśmy domem opieki — powiedziała Marzena, jakby recytowała zdanie, które ćwiczyła przed lustrem. — Mamy swoje życie. Kredyt. Dzieci.

— Dzieci? — powtórzyłam. — Przecież Ola jest na studiach w Krakowie, a Bartek siedzi w swoim pokoju i nawet nie wyjdzie, żeby powiedzieć „babciu, co się dzieje?”.

Zza drzwi pokoju Bartka dobiegł dźwięk strzałów z gry. Żadnego „babciu”. Żadnego „zostań”. Tylko wirtualna wojna.

Krzysztof odchrząknął.

— Straciłaś pracę, mamo. I co teraz? My mamy cię utrzymywać? — zapytał, jakby to było logiczne równanie.

To słowo „utrzymywać” uderzyło mnie w twarz. Jakby przez całe lata nie było inaczej. Jakby nie pamiętał, że to ja utrzymywałam jego, kiedy miał pięć lat i zapalenie płuc, a ja biegałam po przychodniach, prosząc o skierowanie. Że to ja brałam dodatkowe dyżury w szkolnej stołówce, żeby miał nowe buty na zimę. Że to ja, kiedy jego ojciec odszedł do innej, nie płakałam przy nim, tylko zaciskałam zęby i robiłam kanapki do szkoły.

— Pracowałam, dopóki mogłam — powiedziałam cicho. — Wiesz, że mnie zwolnili, bo „redukcja etatów”. A tak naprawdę, bo jestem stara. Bo młoda Kasia z agencji przyszła i powiedziała, że zrobi to szybciej, taniej, z uśmiechem.

— No widzisz — Marzena wzruszyła ramionami. — Rynek.

Rynek. Jakby moje życie było towarem.

Jeszcze tydzień temu wstawałam o piątej, żeby zdążyć na autobus do centrum. Sprzątałam biura, w których pachniało kawą i perfumami, a ludzie zostawiali na biurkach zdjęcia z wakacji w Grecji. Zbierałam ich okruszki, ich papierki, ich cudze życie. I robiłam to bez wstydu, bo praca to praca. A potem przyszła kierowniczka, Aneta, i powiedziała: „Pani Wando, wie pani… firma idzie w nowe rozwiązania. Młodszy zespół. Proszę podpisać”.

Podpisałam, bo co miałam zrobić? Krzyczeć? Prosić? W moim wieku człowiek już wie, że krzyk nie zmienia świata, tylko męczy gardło.

Wróciłam wtedy do domu Krzysztofa z papierami w torebce i z sercem, które biło jak oszalałe. Myślałam, że usiądziemy, porozmawiamy, że powie: „Mamo, damy radę, coś wymyślimy”.

A on powiedział tylko: — To teraz będziesz siedzieć na kanapie i oglądać seriale?

Marzena dodała: — I jeść nasze jedzenie.

Wtedy jeszcze nie wierzyłam, że to się skończy tak, jak dziś. Że stanę w przedpokoju z walizką, a mój syn będzie patrzył na mnie jak na problem.

— Krzysiu… — zaczęłam, bo wciąż miałam w ustach to zdrobnienie, które mówiłam, kiedy był mały. — Ja nie chcę od was luksusów. Ja chcę tylko kąta. Przecież to jest też mój dom…

— Nie, mamo — przerwał. — To jest mój dom. Ja go spłacam. Ty tu tylko mieszkasz.

„Tylko mieszkasz”. Jak lokator. Jak ktoś obcy.

Poczułam, jak coś we mnie pęka, ale nie były to łzy. To było coś gorszego: wstyd. Wstyd, że stoję i proszę. Wstyd, że nie mam gdzie pójść. Wstyd, że w wieku 72 lat muszę tłumaczyć się z tego, że jestem.

— A moja emerytura? — zapytałam, chwytając się ostatniej deski. — Przecież dostaję…

— Dostajesz grosze — Marzena weszła mi w słowo. — A rachunki rosną. Gaz, prąd, wszystko. I jeszcze twoje leki. Wiesz, ile kosztują?

Wiedziałam. Liczyłam każdy paragon. Odkładałam na recepty, rezygnowałam z mięsa, kupowałam najtańszy chleb. I mimo to byłam „kosztem”.

— Mamo, masz siostrę — powiedział Krzysztof, jakby to rozwiązywało wszystko. — Jedź do Haliny.

Halina. Moja młodsza siostra, która od lat nie odbiera ode mnie telefonów, bo kiedyś, dawno temu, pokłóciłyśmy się o mieszkanie po mamie. Ona uważała, że jej się należy więcej, bo „zawsze była grzeczniejsza”. Ja uważałam, że sprawiedliwie jest po równo. I tak zostało: cisza, uraza, święta bez siebie.

— Halina mnie nie przyjmie — powiedziałam.

— To idź do MOPS-u — rzuciła Marzena. — Są instytucje.

Instytucje. Jakby człowiek był teczką.

Wtedy usłyszałam, jak w kuchni kapie kran. Ten dźwięk był absurdalnie wyraźny. Kap. Kap. Kap. Jak odliczanie.

— Daj mi chociaż czas — poprosiłam. — Dwa dni. Tydzień. Żebym coś znalazła.

Krzysztof spojrzał na zegarek.

— Mamo, my już długo to ciągniemy. Marzena ma rację. To nie jest tak, że my cię wyrzucamy…

— A co robisz? — zapytałam.

Zamilkł. I w tej ciszy zrozumiałam, że słowa są tylko zasłoną. Że prawda jest prosta: przestałam być użyteczna.

Wzięłam walizkę. Pęknięte kółko zahaczyło o próg. Musiałam szarpnąć. Walizka jęknęła, jakby też nie chciała wychodzić.

— Mamo… — Krzysztof zrobił krok do przodu, ale nie po to, żeby mnie zatrzymać. Raczej po to, żeby przyspieszyć koniec.

— Nie mów „mamo” takim tonem — powiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać. — Bo to brzmi, jakbyś mówił do obcej.

Marzena odwróciła wzrok, ale jej usta wciąż miały ten półuśmiech. Jakby wygrała cichą wojnę, którą prowadziła od miesięcy: „Wanda za długo tu siedzi”, „Wanda się wtrąca”, „Wanda pachnie starością”.

Drzwi zatrzasnęły się bez krzyków, bez łez. Tylko ten dźwięk. Suchy, ostateczny.

Na klatce schodowej pachniało czyimś obiadem. Ktoś smażył cebulę. Z dołu dobiegał głos sąsiadki, pani Ireny, która zawsze narzekała na wszystko.

— O, pani Wanda? — zawołała, kiedy mnie zobaczyła z walizką. — A dokąd to pani?

Zatrzymałam się na półpiętrze. Walizka ciążyła, jakby była pełna kamieni, a nie moich rzeczy: dwóch swetrów, zdjęcia Krzysztofa z komunii, starego notesu z przepisami, które kiedyś zbierałam, wierząc, że rodzina zawsze będzie siadać do stołu.

— Na spacer — skłamałam.

Pani Irena zmrużyła oczy.

— Z walizką? — zapytała.

Nie odpowiedziałam. Zeszłam po schodach, czując, jak każdy stopień odbiera mi resztki godności. Na dworze było zimno, taki polski, wilgotny chłód, który wchodzi w kości. Przystanek autobusowy stał kilka metrów dalej. Ludzie w kurtkach, z reklamówkami z Biedronki, patrzyli w telefony. Nikt nie patrzył na mnie.

Usiadłam na ławce. Walizka stała obok, przechylona, jakby też była zmęczona.

Wtedy zadzwoniłam do Haliny. Palce mi drżały. Telefon dzwonił długo. Już miałam się rozłączyć, kiedy usłyszałam jej głos.

— Słucham? — chłodno.

— Halina… to ja. Wanda.

Cisza.

— Czego chcesz? — zapytała.

— Nie mam gdzie spać — powiedziałam prosto, bo nie miałam już siły na dumę. — Krzysztof… kazał mi wyjść.

— Twój syn? — w jej głosie pojawiło się coś, co mogło być zdziwieniem albo satysfakcją. — A Marzena?

— Marzena też.

Halina westchnęła.

— Wanda, ja mam swoje życie. Wiesz, że u mnie ciasno.

— Wiem — odpowiedziałam. — Ja tylko… na kilka dni.

— A czemu nie pójdziesz do domu seniora? — rzuciła.

Dom seniora. Jak wyrok.

— Halina, proszę — powiedziałam, a w gardle poczułam pieczenie. — Ja nie chcę umierać w miejscu, gdzie nikt nie zna mojego imienia.

Znowu cisza. Długa.

— Przyjedź — powiedziała w końcu, jakby to słowo kosztowało ją więcej niż pieniądze. — Ale tylko na chwilę. I nie myśl, że to coś zmienia między nami.

— Dziękuję — wyszeptałam.

Rozłączyła się bez pożegnania.

Wsiadłam do autobusu. Kierowca nawet na mnie nie spojrzał. Skasowałam bilet, usiadłam z tyłu. Autobus ruszył, a ja patrzyłam przez okno na blok, w którym jeszcze przed chwilą byłam „u siebie”. Na balkonie wisiała suszarka z praniem. Zwykłe życie. Jakby nic się nie stało.

W drodze do Haliny myślałam o tym, jak to się zaczęło. Nie od zwolnienia. Nie od Marzeny. Tylko dużo wcześniej, kiedy Krzysztof był nastolatkiem i pierwszy raz powiedział do mnie: „Nie wtrącaj się”. Wtedy zabolało, ale uznałam, że to wiek. Potem było coraz więcej takich drobnych ukłuć: „Mamo, nie przychodź bez zapowiedzi”, „Mamo, nie dawaj Bartkowi słodyczy”, „Mamo, nie opowiadaj o dawnych czasach, bo to nudne”. A ja się cofałam, krok po kroku, aż w końcu zostałam wciśnięta w kąt jak stary mebel.

Kiedy dojechałam do Haliny, było już ciemno. Jej blok był niższy, starszy, z obdrapaną klatką. Zadzwoniłam domofonem.

— Wejdź — powiedziała krótko.

Weszłam. Na trzecim piętrze drzwi otworzyły się gwałtownie. Halina stała w szlafroku, z włosami związanymi byle jak.

— No — rzuciła. — Wchodź.

W jej mieszkaniu pachniało kapustą i proszkiem do prania. Było ciasno, ale ciepło. Na stole leżały rachunki, a na kanapie sterta ubrań.

— Gdzie mam położyć walizkę? — zapytałam.

— Tam — wskazała kąt przy szafie. — I słuchaj, Wanda… ja nie mam pieniędzy, żeby cię utrzymywać.

To słowo znowu. Utrzymywać.

— Ja nie chcę, żebyś mnie utrzymywała — odpowiedziałam. — Ja chcę tylko przetrwać.

Halina spojrzała na mnie uważnie, jakby pierwszy raz widziała moją twarz. Może zobaczyła w niej coś, czego nie chciała widzieć: starość, zmęczenie, strach.

— A co ty zrobiłaś, że on cię tak…? — zaczęła, ale urwała.

— Nic — powiedziałam. — Po prostu przestałam pracować.

Usiadłam na krześle. Nagle poczułam, że nogi mam jak z waty. Że cały dzień trzymałam się na jakiejś cienkiej nitce, a teraz ta nitka pękła.

Halina postawiła przede mną herbatę w szklance z koszyczkiem. Takiej herbaty nie piłam od lat. Zwykłej, domowej.

— Wiesz — powiedziała po chwili, ciszej — ja też się boję.

— Czego? — zapytałam.

— Że kiedyś moja córka zrobi mi to samo — odpowiedziała. — Że będę przeszkadzać.

To zdanie zawisło między nami jak dym.

W nocy nie mogłam spać. Leżałam na rozkładanej wersalce, słyszałam, jak Halina przewraca się w swoim łóżku. W głowie wciąż miałam dźwięk zatrzaskujących się drzwi. I twarz Krzysztofa. Nie złą. Nie wściekłą. Po prostu obojętną.

Rano zadzwoniłam do niego. Nie wiem, po co. Może chciałam usłyszeć, że jednak żałuje. Że powie: „Mamo, wróć”.

Odebrał po trzecim sygnale.

— Tak? — jego głos był zajęty, jakby właśnie robił kawę.

— Krzysztof… — zaczęłam.

— Mamo, ja teraz nie mogę — przerwał. — Coś się stało?

— Tak — powiedziałam. — Stało się wczoraj.

Cisza.

— Mamo, nie rób z tego dramatu — powiedział w końcu. — Przecież masz gdzie być.

— Mam — odpowiedziałam. — U Haliny. Wiesz, tej, z którą nie rozmawiałam latami. Bo ty mnie tam odesłałeś.

— No i dobrze — rzucił. — Może się pogodzicie.

Tak łatwo. Jakby to była wycieczka.

— Krzysztof — powiedziałam, a głos mi zadrżał — czy ty w ogóle pamiętasz, że ja jestem twoją matką?

Westchnął.

— Pamiętam. Ale ja mam swoje życie.

— A ja? — zapytałam.

Nie odpowiedział od razu.

— Mamo, muszę kończyć — powiedział w końcu. — Pa.

Rozłączył się.

Siedziałam z telefonem w ręku i patrzyłam na swoje palce. Były pomarszczone, zniszczone od pracy. Te palce kiedyś głaskały jego czoło, kiedy miał gorączkę. Te palce szyły mu kostium na jasełka, bo w szkole nie było pieniędzy. Te palce trzymały go za rękę, kiedy bał się ciemności.

A teraz te same palce trzymały telefon, w którym nie było już nic.

Halina weszła do kuchni.

— I co? — zapytała.

— Nic — odpowiedziałam. — Dla niego to normalne.

Halina usiadła naprzeciwko mnie.

— Wanda… — zaczęła, ale nie dokończyła. Zamiast tego przesunęła w moją stronę talerz z kanapkami. — Jedz.

Zjadłam jedną, potem drugą. Smakowały jak coś, co dawno zapomniałam: jak troska, która nie jest wyliczona.

W kolejnych dniach zaczęłam chodzić po urzędach. MOPS, ZUS, spółdzielnia. Wszędzie kolejki, wszędzie okienka, wszędzie te same spojrzenia: „następny”. Pani w MOPS-ie, Ania, miała zmęczone oczy.

— Pani Wando, możemy pani zaproponować miejsce w noclegowni albo w schronisku — powiedziała.

— Noclegownia? — powtórzyłam.

— Albo proszę złożyć wniosek o DPS, ale to trwa — dodała.

Trwa. Wszystko trwa. A człowiek w moim wieku nie ma czasu, tylko nikt tego nie bierze pod uwagę.

Wieczorami Halina oglądała seriale, a ja siedziałam przy oknie i patrzyłam na światła w innych mieszkaniach. W każdym oknie ktoś miał swoje życie. Ktoś gotował, ktoś kłócił się, ktoś śmiał. A ja czułam, że jestem jak cień, który przesuwa się po cudzych ścianach.

Najbardziej bolało to, że Krzysztof nie zadzwonił ani razu. Ani razu nie zapytał, czy mam co jeść, czy jest mi ciepło, czy nie boję się zasnąć w obcym miejscu. Jakby wyrzucenie mnie z domu było tylko formalnością.

Pewnego dnia przyszła Ola, moja wnuczka. Niespodziewanie. Stanęła w drzwiach Haliny z plecakiem na ramieniu i oczami czerwonymi od płaczu.

— Babciu… — powiedziała i rzuciła mi się na szyję.

Poczułam jej zapach: szampon, zimne powietrze, młodość.

— Tata mi powiedział, że „wyjechałaś” — wyszeptała. — A ja wiedziałam, że to kłamstwo.

Halina stała z boku, jakby nie wiedziała, czy ma się wtrącać.

— Dlaczego? — zapytała Ola, patrząc mi w oczy. — Dlaczego on to zrobił?

Nie umiałam odpowiedzieć. Bo jak wytłumaczyć młodej dziewczynie, że czasem miłość w rodzinie ma cenę, a kiedy przestajesz płacić, zostajesz wyrzucona jak stary rachunek?

— Bo przestałam być potrzebna — powiedziałam w końcu.

Ola zacisnęła usta.

— To ja mu powiem… — zaczęła.

— Nie — przerwałam. — Nie rób wojny. Wojna tylko zostawia ruiny.

Ale w środku czułam, że ruiny już są.

Dziś mieszkam u Haliny, wciąż „na chwilę”, która rozciągnęła się jak guma. Uczę się żyć od nowa: z mniejszą ilością rzeczy, z większą ilością ciszy. Czasem łapię się na tym, że nasłuchuję kroków na klatce schodowej, jakby Krzysztof miał nagle przyjść i powiedzieć: „Mamo, przepraszam”. A potem przypominam sobie jego obojętny głos: „Ja mam swoje życie”.

I myślę o tym, jak łatwo w Polsce mówi się: „Rodzina jest najważniejsza”, a jak trudno jest być rodziną, kiedy w grę wchodzą pieniądze, metry kwadratowe, wygoda.

Czy naprawdę miłość do matki kończy się w dniu, kiedy przestaje ona przynosić wypłatę? A jeśli dziś mnie wyrzucono za brak pracy, to za co wyrzuci się jutro was — za chorobę, za starość, za to, że po prostu będziecie za bardzo „nie na miejscu”?