Odeszłam od „dobrego faceta”, gdy zrozumiałam, że jestem jego menadżerką życia — „Kochanie, powiedz mi tylko, co mam robić” nigdy nie było niewinnym zdaniem

— Kochanie, powiedz mi tylko, co mam robić — usłyszałam z kuchni, gdy próbowałam ogarnąć chaos poranka. Stałam przy zlewie, w jednej ręce trzymałam kubek z zimną już kawą, w drugiej ścierkę, a w głowie miałam listę rzeczy do zrobienia: śniadanie dla dzieci, ubrania do przedszkola, dokumenty do pracy, rachunki do zapłacenia. Kiedy Michał, mój mąż, wszedł do kuchni z rozczochranymi włosami i rozpiętą koszulą, poczułam, jak narasta we mnie irytacja. — Może sam wymyśl? — rzuciłam przez zaciśnięte zęby, ale on tylko wzruszył ramionami i spojrzał na mnie tym swoim bezradnym wzrokiem.

To nie był pierwszy raz. Od lat wszystko było na mojej głowie. Michał był „dobrym facetem” — tak mówili wszyscy: teściowa, sąsiedzi, nawet moje koleżanki. Nigdy nie podniósł na mnie głosu, nie pił, nie zdradzał. Zawsze wracał do domu, pytał, czy czegoś nie trzeba. Ale za tym wszystkim kryło się coś, czego nikt nie widział: jego absolutna bierność.

Pamiętam, jak na początku naszego związku wydawało mi się to urocze. Michał był spokojny, nie narzucał się, nie miał wielkich oczekiwań. Po moim poprzednim, burzliwym związku z Pawłem, który był wiecznie zazdrosny i wybuchowy, Michał wydawał się jak balsam na moją duszę. Chciałam stabilizacji, spokoju, kogoś, kto nie będzie mnie ranił. Ale z czasem ten spokój zaczął mnie dusić.

— Kochanie, powiedz mi tylko, co mam robić — powtarzał niemal codziennie. Przy śniadaniu, przy zakupach, przy planowaniu wakacji. Nawet kiedy dzieci zachorowały, Michał stał nade mną i pytał, co ma podać, jaką dawkę syropu, do którego lekarza zadzwonić. Z początku tłumaczyłam sobie, że to normalne, że przecież ja lepiej ogarniam dom, dzieci, życie. Ale z każdym kolejnym rokiem czułam się coraz bardziej zmęczona.

W pracy byłam szanowaną specjalistką od HR w dużej firmie w Warszawie. Tam wszyscy liczyli się z moim zdaniem, potrafiłam podejmować szybkie decyzje, zarządzać zespołem. W domu… byłam menadżerką życia Michała. To ja decydowałam, co zjemy na obiad, gdzie pojedziemy na wakacje, jak urządzimy mieszkanie, do jakiego przedszkola pójdą dzieci. Michał był zawsze „za”, ale nigdy nie miał własnej inicjatywy.

Najbardziej bolało mnie to, że nikt tego nie widział. Moja mama powtarzała: — Ciesz się, że masz takiego spokojnego męża, nie to co twój ojciec! — Teściowa: — Michał to złoty chłopak, tylko trochę nieogarnięty, ale przecież ty jesteś taka zaradna! Nawet przyjaciółki, gdy się żaliłam, mówiły: — Przynajmniej nie masz problemów z alkoholem czy zdradami.

Ale ja czułam się coraz bardziej samotna. Pewnego wieczoru, gdy dzieci już spały, usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać. Michał przyszedł, usiadł obok i zapytał: — Co się stało? Powiedz mi, co mam zrobić, żebyś była szczęśliwa.

Wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że nie chcę już być jego przewodniczką, matką, menadżerką. Chcę partnera, który sam podejmuje decyzje, który mnie zaskakuje, który czasem się ze mną nie zgadza. Kogoś, kto żyje, a nie tylko egzystuje obok mnie.

Zaczęłam coraz częściej wychodzić sama — na spotkania z koleżankami, na jogę, na spacery. Michał nie protestował, ale też nie pytał, jak się czuję, nie interesował się moimi sprawami. Pewnego dnia, gdy wróciłam późno z pracy, zastałam go przed telewizorem, dzieci już spały, a w kuchni panował bałagan. — Nie wiedziałem, co zrobić na kolację, więc zamówiłem pizzę — powiedział bez cienia skruchy.

Zaczęliśmy się oddalać. Rozmowy ograniczały się do spraw organizacyjnych: przedszkole, rachunki, zakupy. Seks? Ostatni raz kochaliśmy się pół roku temu, bo „byłam zmęczona”, a Michał nie potrafił przejąć inicjatywy.

W końcu postanowiłam pójść na terapię. Tam po raz pierwszy powiedziałam głośno: — Czuję się jak menadżerka życia mojego męża. — A co by się stało, gdyby pani przestała nim zarządzać? — zapytała terapeutka.

Spróbowałam. Przestałam przypominać Michałowi o wszystkim, przestałam planować za niego, przestałam rozwiązywać jego problemy. Efekt? Michał chodził zagubiony, dzieci chodziły w niepasujących ubraniach, rachunki leżały nieopłacone. Ale nikt, poza mną, nie zauważył różnicy.

Wtedy zrozumiałam, że nie chcę tak żyć. Że nie chcę być odpowiedzialna za wszystko i wszystkich. Że zasługuję na partnerstwo, na wsparcie, na to, żeby ktoś czasem zadbał o mnie.

Pewnego wieczoru, gdy dzieci już spały, usiadłam naprzeciwko Michała i powiedziałam: — Michał, chcę się rozstać.

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. — Ale dlaczego? Przecież wszystko jest dobrze. Powiedz mi, co mam zrobić, żeby to naprawić.

— Właśnie o to chodzi — odpowiedziałam cicho. — Nie chcę już ci mówić, co masz robić. Chcę, żebyś sam wiedział, czego chcesz od życia.

Rozstaliśmy się spokojnie, bez awantur, bez dramatów. Michał zamieszkał u matki, dzieci zostały ze mną. Czasem dzwoni, pyta, co ma kupić na urodziny syna, jak załatwić sprawy w urzędzie. Ale już nie jestem jego menadżerką.

Dziś czuję się wolna, choć czasem ogarnia mnie smutek. Może powinnam była wcześniej postawić granice? Może mogłam go nauczyć, jak być partnerem, a nie podopiecznym? Ale wiem jedno: nie chcę już nigdy być odpowiedzialna za czyjeś życie bardziej niż za swoje własne.

Czy naprawdę bycie „dobrym facetem” wystarcza, żeby być dobrym partnerem? Ile kobiet żyje w takich związkach, nie mając odwagi powiedzieć „dość”?