W tym roku nie obchodzę urodzin, bo jestem spłukana. Ale moi przyjaciele mieli inne plany…
– Mamo, a będziemy robić tort na twoje urodziny? – zapytała Zosia, patrząc na mnie wielkimi, brązowymi oczami. Przez chwilę udawałam, że nie słyszę. Stałam przy zlewie, zmywając talerze po kolacji, i czułam, jak w gardle rośnie mi gula. W tym roku nie będzie tortu. Nie będzie świeczek, prezentów, śmiechu. W tym roku jestem spłukana.
Nie wiem, jak to się stało. Jeszcze rok temu wszystko było w porządku – praca w szkole, mąż z etatem w urzędzie miasta, dzieci zdrowe, kredyt spłacany regularnie. Ale potem przyszły podwyżki rat, inflacja, a do tego nagła choroba mamy. Musiałam brać wolne, potem pół etatu, a potem… zwolnienie. Z dnia na dzień zostałam bez pracy. Mąż robił co mógł, ale jego pensja ledwo starczała na rachunki i jedzenie.
Przez ostatnie tygodnie żyliśmy skromniej niż kiedykolwiek. Dzieci nie rozumiały, dlaczego nie chodzimy już do kina ani na lody. Dlaczego nie kupujemy nowych butów czy zabawek. Dlaczego mama płacze wieczorami w łazience.
Zbliżały się moje urodziny. Zawsze świętowaliśmy je hucznie – zapraszałam przyjaciół, piekłam ciasta, dzieci biegały po ogrodzie. Ale w tym roku postanowiłam: nie będzie imprezy. Nie mam za co.
Napisałam do moich najbliższych przyjaciółek – Kasi, Ani i Magdy – krótką wiadomość: „Dziewczyny, w tym roku odpuszczam urodziny. Może spotkamy się innym razem?”. Odpisały szybko:
Kasia: „Co ty gadasz? Przecież to twoje święto!”
Ania: „Nie wykręcaj się! My już mamy plany!”
Magda: „Nie damy ci spokoju!”
Uśmiechnęłam się przez łzy. Wiedziałam, że próbują mnie pocieszyć, ale byłam zbyt dumna, żeby przyjąć ich pomoc. Nie chciałam być ciężarem. Nie chciałam, żeby ktoś widział moją słabość.
Dzień urodzin nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Rano dzieci wręczyły mi laurki zrobione z kolorowego papieru i starych gazet. „Kochamy cię, mamo!” – napisała Zosia koślawymi literami. Przytuliłam je mocno i poczułam ukłucie żalu – one zasługują na więcej.
Mąż wyszedł do pracy wcześniej niż zwykle. „Wrócę szybciej” – rzucił przez ramię i pocałował mnie w czoło. Zostałam sama w kuchni z kubkiem zimnej kawy i myślami pełnymi goryczy.
Około południa ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam niechętnie – stały tam moje przyjaciółki z dziećmi. Każda trzymała coś w rękach: Ania miała wielką miskę sałatki jarzynowej, Magda upiekła sernik, a Kasia przyniosła balony i plastikowe kubeczki.
– Myślałaś, że ci odpuścimy? – zaśmiała się Kasia i mocno mnie przytuliła.
– Przecież jesteśmy rodziną – dodała Ania.
– I rodzina się nie zostawia – dorzuciła Magda.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Stałam jak słup soli i czułam, jak łzy napływają mi do oczu.
– Dziewczyny… ja… ja nie mam nic… nawet herbaty nie mam za bardzo…
– Przestań! – przerwała mi Kasia. – My wszystko mamy! Ty tylko masz być z nami.
Dzieci rozbiegły się po mieszkaniu, śmiejąc się i krzycząc. Przyjaciółki rozłożyły jedzenie na stole, rozwiesiły balony i zaczęły śpiewać „Sto lat”.
Wtedy pękłam. Usiadłam na krześle i zaczęłam płakać jak dziecko.
– Przepraszam… – szlochałam. – Przepraszam, że jestem taka beznadziejna…
Kasia uklękła przy mnie i złapała mnie za rękę.
– Nie jesteś beznadziejna! Jesteś najdzielniejszą osobą, jaką znam! Każdy może mieć gorszy czas. Ale my jesteśmy razem po to, żeby sobie pomagać.
Ania dodała cicho:
– Pamiętasz, jak ja straciłam pracę? To ty mnie wtedy ratowałaś.
Magda pokiwała głową:
– A jak mój Bartek zachorował? To ty gotowałaś nam obiady przez tydzień.
Patrzyłam na nie przez łzy i czułam mieszaninę wstydu i wdzięczności. Nie chciałam być ciężarem… ale czy naprawdę byłam?
Reszta dnia minęła jak we śnie. Dzieci bawiły się w chowanego, my siedziałyśmy przy stole i rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym: o pracy, o dzieciach, o marzeniach i lękach. Śmiałyśmy się z dawnych historii i płakałyśmy nad nowymi problemami.
Wieczorem wrócił mąż z bukietem polnych kwiatów i paczką moich ulubionych ciastek z Biedronki.
– Wszystkiego najlepszego – powiedział cicho i pocałował mnie w policzek.
Patrzyłam na moją rodzinę i przyjaciółki zgromadzone wokół stołu. Przez chwilę poczułam się szczęśliwa – mimo braku pieniędzy, mimo problemów.
Po wszystkim zostały tylko okruchy na stole i ciepło w sercu.
Kiedy wszyscy wyszli i dzieci zasnęły, usiadłam w kuchni z kubkiem herbaty (ostatnia torebka) i myślałam o tym dniu.
Czy naprawdę tak trudno jest poprosić o pomoc? Czy duma zawsze musi być ważniejsza od bliskości? Może czasem warto pozwolić sobie być słabym… żeby inni mogli nas podnieść?