Synowa przestała się do mnie odzywać przez prezent. Jak odbudowałyśmy rodzinne więzi?
— Naprawdę nie rozumiesz, mamo? — głos Marty drżał, a jej oczy błyszczały gniewem. Stałyśmy naprzeciwko siebie w kuchni, a pomiędzy nami leżał ten nieszczęsny prezent — różowy sweterek dla mojej wnuczki, Zosi.
— To tylko sweter, Marto. Chciałam sprawić jej przyjemność — odpowiedziałam, starając się zachować spokój, choć w środku aż kipiałam.
— Ale mówiłam ci, że Zosia ma alergię na wełnę! — wybuchła. — I że nie chcemy, żeby miała za dużo różowych rzeczy! Ty nigdy nie słuchasz!
Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Przecież zawsze starałam się być dobrą teściową. Nie wtrącałam się w ich życie, nie dzwoniłam codziennie, nie komentowałam wychowania wnuczki. A teraz miałam być tą złą? Przez głupi sweter?
Wyszłam z kuchni bez słowa. Wróciłam do domu i przez kilka dni nie mogłam przestać o tym myśleć. Mój syn, Paweł, próbował łagodzić sytuację:
— Mamo, Marta jest zmęczona. Zosia ostatnio ciągle choruje, a ona ma dużo na głowie.
— Ale czy to powód, żeby traktować mnie jak intruza? — zapytałam z goryczą.
— Daj jej czas — odpowiedział tylko.
Czas jednak nie działał na moją korzyść. Marta przestała się do mnie odzywać. Nie odbierała telefonów, nie odpisywała na wiadomości. Zosię widywałam tylko na zdjęciach przesyłanych przez Pawła. Czułam się coraz bardziej samotna i niepotrzebna. Zaczęłam unikać spotkań rodzinnych — nawet święta spędziłam sama.
Moja siostra, Basia, próbowała mnie pocieszać:
— Może przesadzasz? Może to tylko chwilowe?
Ale ja wiedziałam, że coś się zmieniło na dobre. W głowie kłębiły mi się myśli: Czy naprawdę jestem taką złą teściową? Czy powinnam była bardziej słuchać Marty? A może to ona przesadza?
Któregoś dnia Paweł przyszedł do mnie sam. Usiadł naprzeciwko i długo milczał.
— Mamo… Marta czuje się przez ciebie niezrozumiana. Mówi, że nie szanujesz jej decyzji jako matki.
— Ale ja tylko chciałam dobrze! — wybuchłam.
— Wiem. Ale ona widzi to inaczej. Może spróbuj z nią porozmawiać? Bez pretensji, bez tłumaczenia się. Po prostu posłuchaj.
Przez kilka dni zastanawiałam się nad jego słowami. W końcu zebrałam się na odwagę i napisałam do Marty krótką wiadomość: „Chciałabym cię wysłuchać. Bez oceniania. Jeśli będziesz gotowa — daj znać.”
Czekałam tydzień. W końcu zadzwoniła.
— Możemy się spotkać? — zapytała cicho.
Spotkałyśmy się w kawiarni niedaleko ich domu. Marta była blada i zmęczona. Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu.
— Przepraszam, jeśli poczułaś się zraniona — zaczęła w końcu. — Po prostu… czuję presję ze wszystkich stron. Moja mama mówi jedno, ty drugie, lekarze trzecie… Chciałabym mieć choć trochę kontroli nad życiem Zosi.
Patrzyłam na nią i nagle zobaczyłam nie „synową”, ale młodą kobietę zagubioną w nowej roli matki.
— Rozumiem cię — powiedziałam cicho. — Też kiedyś byłam młodą mamą i pamiętam, jak bardzo chciałam decydować sama o swoim dziecku.
Marta uśmiechnęła się słabo.
— Chciałabym, żebyś była częścią naszego życia, ale… muszę mieć pewność, że mnie wspierasz, a nie oceniasz.
Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Ulgę, bo wreszcie rozmawiałyśmy szczerze; smutek, bo zdałam sobie sprawę, ile błędów popełniłam przez własną dumę.
Od tamtej rozmowy minęło kilka miesięcy. Staram się słuchać Marty i pytać ją o zdanie zanim coś zrobię dla Zosi. Ona też częściej dzwoni i zaprasza mnie na spacery z wnuczką. Nasza relacja nie jest idealna, ale jest prawdziwa.
Czasem myślę o tym sweterku i o tym, jak niewiele trzeba, by zranić drugiego człowieka — nawet jeśli ma się najlepsze intencje.
Czy naprawdę tak trudno nam czasem przyznać się do błędu? A może to duma sprawia, że tracimy tych, których kochamy najbardziej?