Moja córka rodziła w kuchni, a jej mąż oglądał mecz – o tym, jak zgubiliśmy siebie w codzienności
— Marta, co się dzieje? — zapytałam, wchodząc do kuchni z siatką zakupów. Zamiast odpowiedzi usłyszałam cichy jęk. Moja córka stała przy kuchence, zgięta wpół, jedna ręka kurczowo ściskała blat, druga trzymała się za brzuch. W powietrzu unosił się zapach przypalającej się zupy pomidorowej.
— Mamo… — wyszeptała przez zaciśnięte zęby. — Chyba zaczęło się… Boli coraz mocniej…
Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam się ruszyć. Przecież termin był dopiero za dwa tygodnie! W głowie miałam mętlik: czy dzwonić po karetkę, czy najpierw pomóc jej usiąść? Wtedy zza ściany dobiegł mnie głos Tomka:
— Marta! Zrób mi jeszcze herbatę, bo zaraz druga połowa!
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez lata tłumaczyłam sobie, że Tomek jest po prostu „trochę nieporadny”, że „potrzebuje czasu”, że „tak już mają faceci”. Ale teraz, widząc moją córkę w takim stanie, a jego — zapatrzonego w telewizor — poczułam gniew i bezsilność.
— Tomek! — krzyknęłam. — Chodź tu natychmiast!
W końcu pojawił się w drzwiach, z pilotem w ręce i miną obrażonego dziecka.
— Co się stało? Przecież Marta zawsze tak narzeka pod koniec ciąży…
— Ona rodzi! — wycedziłam przez zęby. — Zamiast siedzieć przed telewizorem, pomóż jej!
Tomek spojrzał na Martę, potem na mnie. W jego oczach zobaczyłam strach i dezorientację. Ale nie ruszył się z miejsca.
— Może to fałszywy alarm? — mruknął.
Wzięłam głęboki oddech i chwyciłam telefon. Dzwoniąc po karetkę, czułam jak drżą mi ręce. Marta oddychała ciężko, łzy spływały jej po policzkach.
— Mamo… przepraszam… Chciałam tylko zrobić kolację… Tomek miał ciężki dzień…
Te słowa zabolały mnie bardziej niż wszystko inne. Przypomniałam sobie siebie sprzed lat: jak gotowałam obiady z gorączką, jak sprzątałam mieszkanie z niemowlakiem przy piersi, jak tłumaczyłam dzieciom, że „tata jest zmęczony”. Ile razy sama siebie przekonywałam, że tak trzeba? Ile razy pozwalałam sobie na bycie niewidzialną?
Karetka przyjechała szybko. Ratownicy byli profesjonalni, ale ja czułam się jak w złym śnie. Tomek stał z boku, niezdarnie próbując pomóc Marcie założyć buty.
W szpitalu wszystko potoczyło się błyskawicznie. Marta urodziła zdrową córeczkę. Trzymając wnuczkę na rękach, czułam dumę i radość — ale też ogromny smutek. Bo wiedziałam już, że coś w naszej rodzinie pękło.
Po powrocie do domu Marta była cicha i zamyślona. Tomek próbował być pomocny przez pierwsze dni, ale szybko wrócił do swoich przyzwyczajeń: mecze w telewizji, piwo wieczorem, krótkie „jak się czujesz?” rzucone od niechcenia.
Pewnego wieczoru usiadłyśmy z Martą przy stole. Mała spała w pokoju obok.
— Mamo… czy to zawsze tak wygląda? — zapytała cicho. — Czy kobieta musi wszystko robić sama?
Zabrakło mi słów. Chciałam powiedzieć jej coś mądrego, dodać otuchy. Ale sama nie wiedziałam już, co myśleć.
— Nie wiem… — odpowiedziałam szczerze. — Może za długo pozwalałyśmy na to wszystko? Może czas coś zmienić?
Marta spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
— Boję się, że jeśli powiem Tomkowi, co czuję… zostanę sama.
Przytuliłam ją mocno. Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy do siebie podobne: dwie kobiety uwięzione w schematach, które same sobie narzuciłyśmy.
Od tamtej pory próbowałyśmy rozmawiać z Tomkiem. Raz było lepiej, raz gorzej. Czasem słuchał, czasem zamykał się w sobie. Ale najważniejsze było to, że Marta przestała milczeć.
Zaczęła wychodzić na spacery sama z dzieckiem, spotykać się z koleżankami. Powoli odzyskiwała siebie. Ja też zaczęłam myśleć o sobie: zapisałam się na jogę, zaczęłam czytać książki o asertywności.
Ale wciąż wracam myślami do tamtego wieczoru w kuchni. Do bólu mojej córki i własnej bezradności. Do pytania: gdzie popełniłyśmy błąd? Czy można jeszcze naprawić to, co przez lata było zamiatane pod dywan?
Czasem patrzę na Martę i jej córeczkę i zastanawiam się: czy nasze córki będą musiały przechodzić przez to samo? Czy znajdą w sobie siłę, by zawalczyć o siebie?
Może właśnie teraz jest ten moment, żeby zacząć mówić głośno o tym, co boli? Może czas przestać być niewidzialną?
Czy Wy też macie poczucie winy za to, że przez lata stawiałyście innych ponad siebie? Jak znaleźć równowagę między dawaniem a byciem sobą?