Jak modlitwa uratowała mnie przed utratą mieszkania – historia o wierze, rodzinie i przebaczeniu
– Pani Anno, jeśli do końca tygodnia nie ureguluje pani zaległości, będę zmuszony rozpocząć procedurę eksmisji – głos pana Wojciecha, właściciela mieszkania, brzmiał chłodno i bezlitośnie. Stałam w przedpokoju, ściskając w dłoni rachunek za prąd, a serce waliło mi jak oszalałe. W mojej głowie kłębiły się myśli: „Gdzie pójdę z dziećmi? Co powiem mamie? Jak mogłam do tego dopuścić?”
Od kilku miesięcy wszystko waliło mi się na głowę. Po rozwodzie z Markiem zostałam sama z dwójką dzieci – Zosią i Kubą. Praca w sklepie spożywczym ledwo pozwalała nam przeżyć od pierwszego do pierwszego. Kiedy Zosia zachorowała na zapalenie płuc i musiałam wziąć wolne, pensja jeszcze bardziej się skurczyła. Zaległości rosły, a ja czułam się coraz bardziej bezradna.
– Mamo, dlaczego płaczesz? – zapytał Kuba, podchodząc do mnie nieśmiało. Miał tylko siedem lat, ale już rozumiał więcej, niż powinnam mu pozwolić.
– To nic, kochanie. Po prostu jestem zmęczona – skłamałam, próbując się uśmiechnąć.
Wieczorem, kiedy dzieci spały, usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam przeglądać stare zdjęcia. Na jednym z nich byłam z rodzicami na wakacjach w Zakopanem. Przypomniałam sobie słowa mamy: „Ania, nawet w najgorszych chwilach nie jesteś sama. Zawsze możesz się pomodlić.” Wtedy tylko się uśmiechałam – nie wierzyłam w takie rzeczy. Ale tej nocy poczułam, że nie mam już nic do stracenia.
Złożyłam ręce i po raz pierwszy od lat zaczęłam się modlić. Nie prosiłam o cuda – tylko o siłę i wskazówkę. Łzy same płynęły mi po policzkach.
Następnego dnia zadzwoniła mama.
– Aniu, śniłaś mi się dzisiaj. Coś się dzieje? – zapytała z troską.
Nie wytrzymałam. Opowiedziałam jej wszystko – o zaległościach, groźbie eksmisji, strachu przed przyszłością.
– Przyjedźcie do nas na weekend. Porozmawiamy spokojnie – powiedziała tylko.
W drodze do rodziców dzieci były podekscytowane. Ja czułam wstyd i żal do siebie. Tata przywitał nas ciepło, choć widziałam w jego oczach troskę.
Wieczorem usiedliśmy przy stole. Tata milczał długo, aż w końcu powiedział:
– Aniu, wiem, że było ci ciężko po rozstaniu z Markiem. Ale jesteśmy rodziną. Nie musisz wszystkiego dźwigać sama.
Mama dodała:
– Może czas poprosić o pomoc nie tylko nas? Może porozmawiaj z panem Wojciechem szczerze? Ludzie czasem potrafią zrozumieć więcej niż myślisz.
Wróciłam do domu z nową nadzieją. Wieczorem znów się pomodliłam – tym razem dziękując za rodziców i prosząc o odwagę.
Następnego dnia poszłam do pana Wojciecha.
– Proszę pana… wiem, że zawiodłam jako najemca. Ale proszę mi dać jeszcze miesiąc. Pracuję dodatkowo w weekendy, mama pomoże mi z dziećmi. Oddam wszystko co do grosza.
Patrzył na mnie długo.
– Pani Anno… sam kiedyś byłem w podobnej sytuacji. Dobrze panią rozumiem. Dam pani czas do końca przyszłego miesiąca. Ale proszę mnie nie zawieść.
Wyszłam z klatki schodowej i poczułam ulgę tak wielką, że aż się rozpłakałam na ulicy. Zadzwoniłam do mamy:
– Udało się! Dał mi jeszcze miesiąc!
– Widzisz? Modlitwa czasem pomaga – odpowiedziała cicho.
Przez następne tygodnie pracowałam jak szalona – rano sklep, popołudniami sprzątanie u sąsiadki pani Teresy, weekendy na kasie w markecie. Dzieci pomagały jak mogły – Zosia opiekowała się Kubą i sprzątała pokój bez marudzenia.
Były chwile zwątpienia – kiedy Kuba dostał gorączki albo kiedy Zosia płakała z tęsknoty za tatą. Były też momenty radości – jak wtedy, gdy pierwszy raz od dawna usiedliśmy razem przy stole i śmialiśmy się z głupich dowcipów Kuby.
W końcu nadszedł dzień spłaty długu. Poszłam do pana Wojciecha z kopertą pełną banknotów.
– Dziękuję za drugą szansę – powiedziałam cicho.
Spojrzał na mnie łagodniej niż zwykle.
– Pani Anno… niech pani pamięta: czasem wystarczy poprosić o pomoc i zaufać komuś – nawet jeśli to trudne.
Wyszłam na ulicę i poczułam coś dziwnego – spokój. Może to była ulga po miesiącach stresu? A może coś więcej?
Wieczorem znów się pomodliłam – tym razem dziękując za wszystko: za rodzinę, za drugą szansę, za ludzi wokół mnie.
Czasem myślę: co by było, gdybym wtedy nie poprosiła o pomoc? Gdybym nie zaufała Bogu ani ludziom? Czy naprawdę musimy upaść na samo dno, żeby zobaczyć sens modlitwy i siłę rodziny?