Kiedy po rozwodzie zostałam z niczym – nawet samochód nie był mój. Moja walka o godność i nowy początek

– To wszystko jest na moje nazwisko, Anka. Tak się umówiliśmy, pamiętasz? – głos Piotra odbijał się echem w pustym salonie, gdzie jeszcze niedawno razem śmialiśmy się z dzieciakami.

Patrzyłam na niego, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Jeszcze miesiąc temu planowaliśmy wakacje nad Bałtykiem, a dziś rozmawiamy o tym, kto zabierze ekspres do kawy i czy mogę zostawić sobie starą kanapę.

– Ale przecież to był nasz dom… – wyszeptałam, czując jak łzy napływają mi do oczu. – Nasz samochód…

Piotr wzruszył ramionami. – Wszystko kupowaliśmy na moją firmę. Tak było bezpieczniej. Ty sama chciałaś być na urlopie wychowawczym, Anka. Nie mogłem przewidzieć, że tak się to skończy.

Nie mogłam złapać tchu. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Przecież to ja przez lata dbałam o dom, dzieci, gotowałam obiady, prałam jego koszule na ważne spotkania. Odkładałam swoje ambicje na później, bo „teraz ważniejsza jest rodzina”.

A teraz? Zostałam z niczym. Nawet samochód, którym odwoziłam dzieci do przedszkola, był „służbowy” i musiałam oddać kluczyki.

Moja mama próbowała mnie pocieszać:

– Aniu, dasz sobie radę. Jesteś silna dziewczyna. Może zamieszkasz u nas na jakiś czas?

Ale ja nie chciałam wracać do rodzinnego domu w małej miejscowości pod Radomiem. Czułam się jak przegrana. W Warszawie miałam pracę – co prawda tylko na pół etatu w bibliotece – ale dawała mi namiastkę niezależności. Teraz jednak każdy grosz musiałam oglądać dwa razy.

Najgorsze były wieczory. Dzieci spały u Piotra – sąd uznał, że na razie lepiej im będzie w dotychczasowym miejscu zamieszkania. Siedziałam sama w wynajętym pokoju na Ochocie i patrzyłam w sufit. W głowie kłębiły się myśli: „Może powinnam była walczyć o więcej? Może powinnam była wcześniej zauważyć sygnały?”

Przyjaciółka, Magda, próbowała mnie wyciągnąć na kawę:

– Anka, nie możesz tak siedzieć i się zamartwiać! Piotr to dupek, zawsze był egoistą. Teraz masz szansę zacząć od nowa.

Ale jak zacząć od nowa, kiedy nie masz nic? Nawet własnego kubka do kawy? Kiedy wszystko, co cię otaczało przez lata, nagle należy do kogoś innego?

Pamiętam dzień, kiedy po raz pierwszy musiałam jechać autobusem do pracy. Stałam na przystanku w deszczu, z parasolką kupioną za ostatnie drobniaki. Obok mnie stała starsza pani z siatką ziemniaków.

– Ciężko pani? – zapytała nagle.

Uśmiechnęłam się smutno.

– Trochę tak… Ale chyba dam radę.

Nie wiem dlaczego, ale ta krótka rozmowa dodała mi otuchy. Może dlatego, że ktoś zauważył mój ból? Może dlatego, że nie byłam już tylko „byłą żoną Piotra”, ale po prostu kobietą w trudnej sytuacji?

Zaczęłam szukać pracy na pełen etat. Wysyłałam CV gdzie popadnie: do szkół językowych, wydawnictw, nawet do sklepów spożywczych. Czułam się upokorzona podczas rozmów kwalifikacyjnych:

– A dlaczego ma pani taką przerwę w zatrudnieniu?
– Bo wychowywałam dzieci.
– Rozumiem…

W ich oczach widziałam ocenę: „kolejna rozwódka bez doświadczenia”.

W końcu udało mi się dostać pracę w małym wydawnictwie na Mokotowie. Pensja była marna, ale przynajmniej mogłam poczuć się potrzebna. Po pracy biegałam do sądu i urzędów – walczyłam o alimenty i prawo do widzeń z dziećmi.

Piotr coraz częściej unikał rozmów ze mną.

– Nie mam czasu na twoje żale – rzucał przez telefon. – Dzieci są szczęśliwe. Ty też powinnaś ruszyć dalej.

Ale jak ruszyć dalej, kiedy serce pęka za każdym razem, gdy widzę ich zdjęcia na Facebooku? Kiedy syn mówi przez telefon:

– Mamo, tata kupił mi nowy rower! A kiedy przyjedziesz?

A ja nie mam nawet samochodu ani pieniędzy na bilet PKP.

Czasem myślałam o tym, żeby po prostu zniknąć. Wyjechać gdzieś daleko – do Gdańska albo nawet za granicę – i zacząć od zera. Ale wiedziałam, że nie mogę zostawić dzieci.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie teściowa:

– Aniu… Wiem, że Piotr nie jest święty. Ale może spróbujcie się dogadać dla dobra dzieci?

Poczułam złość i bezsilność jednocześnie.

– Dla dobra dzieci? A kto pomyśli o moim dobru? O tym, że zostałam bez niczego?

Milczała przez chwilę.

– Masz rację… Ale życie to nie bajka.

Wtedy po raz pierwszy poczułam coś dziwnego: nie żal czy gniew, ale determinację. Jeśli życie to nie bajka – to może czas napisać własny scenariusz?

Zaczęłam powoli odbudowywać siebie. Zapisałam się na kurs komputerowy w urzędzie pracy. Poznałam tam inne kobiety po przejściach – każda miała swoją historię straty i walki o godność.

Wieczorami pisałam pamiętnik. Spisywałam swoje lęki i marzenia. Z czasem zaczęły pojawiać się nowe cele: własne mieszkanie (choćby kawalerka), wyjazd z dziećmi nad jezioro, może kiedyś nowa miłość?

Dziś mija rok od rozwodu. Nadal wynajmuję pokój i jeżdżę komunikacją miejską. Ale mam pracę, kilku znajomych i coraz więcej wiary w siebie.

Czasem jeszcze boli – zwłaszcza gdy widzę Piotra w nowym aucie z nową partnerką. Ale już wiem, że jestem kimś więcej niż tylko „byłą żoną”.

Czy można zacząć wszystko od nowa po takim upadku? Czy ktoś z was też musiał budować siebie od zera? Jak znaleźć siłę, gdy wydaje się, że nie zostało już nic?